|
Antoni Orzech
ADAM
NA COKOLE
Usiadła na mojej stopie. Desusy miała króciutkie i cienkie.
Otuliła mnie ciepłem pagórków. Pochylić się i szepnąć:
-Zostań! – Ucieknie. –Sen, mara! – krzyknie. – A kysz!
Stoję
więc nieruchomo. Serce bije, krew spływa do nóg.
Czy
potrafiłbym opisać to ciało? Telimeny dotknąłem tylko,
starłem puder, zajrzałem do ust, policzyłem zmarszczki
wołając:
-Ona z
ciała!
Opisywałem konopie, grzyby, ogórki ale nawet wierszem nie
dotknąłem nosa Wojskiego.
Nasze
kobiety w fałdach się kryły. Dwa wcięcia, reszta wyobraźnią.
Widzę tu Zana.
Spadłby za tymi co ...
Są
jak dwa półksiężyce, miękkim materiałem
Opięte, kołyszą się tak, iż biec już chciałem...
Ja z
kamienia ale co robią oni, poeci tych kobiet gdy biodra
unoszą się do rymu, wysoko w rytmie obcasów. Ciało niedotykające ziemi. To samo pragnienie co i u naszych zjaw.
Że też
oni nie poszaleją od tych rymów i rytmów, których nawet
wzrokiem objąć nie potrafią. A one cierpliwie zmieniają
kolory, co roku jak to drzewo przy kościele.
-Spójrz na mnie – proszą – miliony lat szukałam tego
kształtu.
-Spójrz na mnie, jutro będzie za późno.
Obok
kobiet zadzierają głowy. Słońce prześwieca, rozgrzewa,
zaokrągla, a on patrzy na mnie, kamiennego dziadka w szarym
płaszczu.
Jak te
z lewej:
-Róże
panocku? Róże? Dla pani! Lilie? Lubiłem lilie, słowo kwiat.
Idą po
wodę do chłopca na jednej nodze przy katedrze. Drewniakami
tłuką o bruk.
Chwieją się jak pagórki.
-W
chmury cię uniosę – obiecują tamte.
-Przytulę do ziemi – szepczą te drugie. Rodziły już,
opatulone szaro, nie zasłaniają kwiatów ani dziewczyn. I
mnie takim tu postawiono. Nie na Judahu skale. A jednak,
chociaż po wszystkich połogach, tam gdzie rodzą się słowa,
zawsze jestem młody. Na rozsypanie szło ciało, słowo
w
przeciwną stronę. W Lozannie byłem dzieckiem, tam trzeba
było zaczynać.
Pośrodku mnie postawili, zamiast króla, rycerza. Im najwyżej
kamienna płyta, sobie obrali władcę słów. I żyją słowem, a
nie jest to najgorszy sposób.
Słońce
pozłaca koronę kościoła. Gołębie gęściej mnie obsiadły. U
stóp cokołu ludzki wieniec. Najwyżej włażą dzieci.
-Zobacz mamusiu, Asio Misio! - zadziera główkę. – Asio Misio
– powtarza.
-Spadnie, stłucze kolanko i gołąbka. Gołąbek ucieknie –
dodaje – zawsze ucieka.
Noc.
Nie, ja nie marznę. Wiem, że jest zimno i ogrzać się nie
mogę. Deszcz bębni po kamiennym płaszczu. Śnieg zakłada mi
białą czapę
i naramienniki a gdy świeży spadnie,
ich ślady
rysują gwiazdy. Pośrodku ja, nieruchomy dyrygent a dookoła
tysiącami ścieżek, tkają swą tajemną tkaninę.
Wykuli
mnie z kamienia, bez warg, języka, serca. Niemy, mówię do
siebie mową odartą z nitek i frędzli. Kanwa sama. Mój głos
nie tłumi. Najmniejszy dźwięk słyszę i akordy składam:
skrzypią drzwi kościoła, basują gołębie, pluska woda w
fontannie, stuk obcasów, dzwon, ktoś zgubił klucze, koń,
motor, śmiechy, wołanie, płacz i wiatr, łańcuch, torba na
kółkach...
Inne
głosy: strzały w bocznej uliczce, podkute buty milicjantów,
krzyk...
A
wieczorem z okna, wysoko, muzyka. Gołębie przestają gruchać.
-Gdzie
jesteś Adamie? - pyta.
-Gdzie
jesteś? Zaklęty w kamień, ponad głowami żywych. Zejdź!
I tak
jak wtedy, zostawia mnie bez słowa.
Kim
był? Tak przecież pyta tylko Bóg. Dźwięk za dźwiękiem, teraz
cząstka Ziemi jak woda, trawa, drzewo.
Aż
przerwie trębacz z wieży. Minęła wasza godzina, dosyć tego
spokoju. Znów grozy pora. Płoną domy, kościół się sypie, na
gardło sznur! Szyję przeszyje strzała. Cisza. Krew. Tych co
słyszeli, ostrzegłem. Uratowani, wrócą jak zawsze, zbudują
domy, urodzą dzieci i znów się będą cieszyć życiem. Rosnąć
niedbale na wszystkie strony. Idą, a cała przestrzeń ich. Od
niechcenia rozgarniają powietrze. Czciciele zniewolenia
pierzchli na chwilę. Kajdany? Te u nóg to niewinna zabawka;
serce kamienne, język, mózg, wszystko skajdaniałe! Ani
odrzucić, ani skruszyć, tylko trwać.
Wiem, że to szaleństwo
kiedy kamień chce żyć. Mnie wskrzesi dotyk niewinny, bez
reszty podarowany. Wtedy ja, wieszcz, zsunę się z cokołu i
po tym stuletnim, drugi krok postawię. Naprzeciw, gdzie
ksiąg pełno.
-Jest
Pan Tadeusz? – zapytam. - A Dziady są? Czytają mnie pod
strzechami?
Albo
pójdę tam, gdzie gwar targowy. Zamówię coś, popatrzę, dosyć
się nastałem, kamienna noga ścierpła. A potem jak ten gołąb,
byle gdzie, to tu, to tam, bo w chodzeniu, chodzi o to, by
iść.
Znowu
będę człowiekiem. Miękkie, wilgotne palce, skóra w tysięczne
pasemka, rany już zabliźnione, przeświecają niebieskie
gałęzie, gałązki, nitki a w nich dudni krew.
Jest
tak, a tak będzie, ale co pomiędzy, w tej przepaści na
styku, gdy
z kamienia, ciało?
Wiem,
że to się stanie. Przez wszystkie lata tego byłem pewien.
Z
nicości - ciało. Z ziemi - ciało. Z morza, z kropelki, z
chleba - ciało.
To niemożliwe, a przecież się staje.
Nie
zostanę na wieki kamieniem.
Antoni
Orzech
|