|
Antoni Orzech ŚLEPY
Słońce
wschodzi. Głaszcze moje czoło. W nocy wlazło we mnie tyle
zimna. Siedziałem nieruchomo, by nie rozlało się z piersi po
całym ciele i powtarzałem: - Byle do słońca.
Gdy ptaki
zaczynają śpiewać wiem, że to już niedługo. Aby nie
przespać tej chwili, siadam pod murem i czekam. Kiedyś
zapytałem Kulawego:
- Jak
wygląda słońce?
- Jak
brzoskwinia - odpowiedział, roześmiał się i pokuśtykał
stukając drewnianą nogą. W tej chwili jest ono dokładnie
naprzeciwko mojej twarzy i roztapia we mnie lód.
*
Najpierw
chowałem się, ale gdzie może się schować ślepy? Znajdywali
mnie natychmiast. Nic nie mówią, słychać tylko sapanie. Jest
ich czterech, a może pięciu. Ustawieni w koło, popychają
mnie między sobą. Gdy któryś odstąpi na bok, upadam.
Czekają, aż wstanę. Bawią się. Krzyczę do nich:
- Kim
jesteście? Czego chcecie? - Nic, cisza i tylko sapanie coraz
głośniejsze.
W końcu
padam na ziemię. Wtedy mnie kopią. Jeden po drugim obchodzą
dookoła, wybierają miejsce. To nie jest ból. Jakaś
błyskawica. Boli czekanie. Uderzą w golenie? Między nogi? W
twarz? Jeśli znam światło, to właśnie stąd; rozbłyska
wewnątrz coraz częściej, aż w końcu zapala się cała moja
nieskończona noc.
Gdy
przytomnieję, czołgam się nad jezioro.
W takie dni
nie chcę słyszeć ludzi. Szukam cienia nad brzegiem jeziora.
Jeśli zobaczą mnie rybacy i doniosą Szymonowi, że znów
pobito ślepca, przychodzi, przemywa moje rany. Ma twarde,
wielkie dłonie. To one powstrzymują mnie przed pójściem w
wodę. Z daleka słyszę, jak ciężko stąpa po piasku. Pachnie
jeziorem. Gdy skopali mnie pierwszy raz, przywlokłem się
tutaj i płakałem (Moje ślepe oczy umieją płakać):
- To za
dużo, za dużo. - Chciałem pójść w jezioro, gdy czyjeś dłonie
ujęły moją głowę.
- O Boże -
powiedział, umył mnie i nakarmił.
*
Z
wszystkiego, co dotykałem,
najmilsza jest woda. To nie ja
jej dotykam, lecz ona mnie. Obejmuje dokładnie i czule.
Słyszę, jak cieszy się, gdy wchodzę. Zanurzam moje biedne,
puste oczy, niech poczują jej chłód. Jej jednej nie pragnę
zobaczyć. Nie wiem, jak wygląda, ale mówią, że w niej widać
niebo, drzewa i ryby. Powiedziała mi wszystko o sobie i być
może ja, ślepy, znam ją lepiej niż wy.
*
Poprosiłem
Kulawego: - Opowiedz o kobiecie.
- Dotykałeś
jej chociaż? - zapytał. - Gdy ją widzisz, zapominasz
o
drewnie…
- Jakim
drewnie? - nie zrozumiałem. Tupnął tylko kulą i mówił dalej:
- A gdy jej dotkniesz, topisz się jak woskowa świeca.
- Nie wiem,
jak się topi świeca.
Znów
tupnął nie odpowiadając:
- Jej skóra
jest jak ... - zamilkł. chodząc tam i z powrotem - jej skóra
jest jak brzoskwinia.
- A więc
jest podobna do słońca! – zawołałem, ale on zapomniał, że
sam tak powiedział i rozgniewany odszedł.
*
Bez słońca
nie byłbym ślepcem.
Gdy
nadejdzie noc, chodzę po pustych ulicach i dotykam ścian.
Nikt mnie nie potrąca. Idę na wzgórze, gdzie rosną cedry.
Obejmuję drzewo. Stoi mocno i prosto. Chropowata kora przez
palce obrasta najpierw ręce i nogi, a potem mnie całego.
Jestem drzewem. Słyszę szelest i szum. Wyciągam ku niebu
rozcapierzone konary, korzeniami wpijam się w ziemię. Stoję
nieruchomo, bo przyleciał ptak. Trzymam go w dłoni. Ciepły
i
kruchy, drapie pazurkami. Szybko puka maleńkie serce. Pióra
ma miększe od wody, a w tym wszystkim ostry, twardy dziób
jak lejek. Zduszone w grudkę życie. Czuję się niepotrzebnie
olbrzymi. Jeśli nawet mam tyle życia co on, rozlało się po
całym ciele i pewnie wydaję mu się niezdarny jak to drzewo.
Odfrunął, ale wystarczy, że złożę dłoń, bije w niej małe
serce, pióra miększe od wody, lejkowaty dziób. Grudka życia.
*
Znów się
przewróciłem. Cały mój świat noszę ze sobą, każdy dotyk
kamienia i drzewo. Nauczyłem się go po nocach i ciągle
powtarzam od nowa, by nie zapomnieć. Środkiem jest róg
ulicy, gdzie żebrzę. Wiem,
w którym kierunku ruszyć nad
jezioro albo na wzgórze cedrowe. Dokładnie pamiętam, co mam
mieć pod stopami; kiedy kamienistą drogę, piasek, trawę czy
rów, Zmieniają się zapachy i odgłosy. Sprawdzam, czy jest to
drzewo, które powinno być na zakręcie, ale wystarczy, że
ktoś przesunie kamień, wykopie dół, postawi stągiew z wodą i
przewracam się. Przewraca się ze mną mój świat i rozlatuje
na kawałki. Nie ma jeziora, wzgórza ani rogu ulicy. A przez
chwilę nawet nie wiem, gdzie jest ziemia. Chociaż ona zawsze
przyciągnie mnie do siebie. Nie ma świata. Aż usiądę. Niech
tylko choć jedną czarną nić złapię, tę, która dokądś
prowadzi.
*
Mógłbym
nigdzie nie chodzić. Godzinami potrafię wpatrywać się w tę
moją noc bez granic. Przerażała mnie. Trzymałem w dłoni
kamyk
z jeziora, gładki i chłodny, jak woda, W
najczarniejszą noc powtarzał:
- Nie bój
się. Jestem ja, jest woda, a w niej ryby. Jestem już i będę
jeszcze tak długo, że nie masz się czego bać.
Dzięki
niemu i ja byłem. Chociaż wiedziałem, że powstał przede mną,
a zostanie po mnie - zaniosę go z powrotem do jeziora - nie
czułem się mniej trwałym od niego. A teraz nie jest mi
niezbędny. Mogę patrzeć
w tę noc bez strachu. Dawniej
widziałem - tak, ja ją widzę - tylko nieruchomą noc, aż
spostrzegłem, że ona płynie dokądś jak czarna woda, a ja w
niej zanurzony. Dokąd płyniemy? Do drzwi ciemności? Do
Szeolu? Tak myślałem płacząc, że nigdy nie zobaczę ani
liścia, ani kobiety, ani słońca. A teraz? Teraz jest
podobnie jak przed porankiem;
w piersiach cieplej, siedzę
pod murem i czekam.
*
Zielony
kolor to trawa. Biały - kamyk. Niebieski jest jak woda,
żółty - ciepły, a czerwony to ból. Jednego nie trzeba
dotykać, jest sam, pierwszy od początku, przed słońcem -
czarny.
*
Nazywają to
żebraniem. Dziwne słowo. Siedzę i liczę was. Już wiem, dziś
będę głodny.
Są dni, w
które mnie nie widzicie. Coś was oślepia. Coś wpadło wam w
oczy. A przecież ja po to tu siedzę, żebyście widzieli. I
ślepy musi jeść. Niewiele, ale musi. Dwie
figi, kawałek
podpłomyka. Może to ciągle ci sami dzielą się ze mną i
dzisiaj nie pójdą tędy? Nie, nie boję się głodu. Nie pójdę
na wzgórze. Zmarznę w nocy, brzuch poburczy, uspokoi się
krew. A może najem się we śnie? Figi leżą tam na brzegu a
jezioro, śmiejąc się, wyrzuca mi rybę i zaprasza:
-
Jedz!
Ja we śnie
też nie widzę, ale nie jestem ślepy; idę dokąd chcę, mogę
biec lub latać jak ptak. Najbardziej jednak lubię być rybą.
Pływam we wszystkie strony tak zwinnie, aż woda szemrze:
- Zuch z
ciebie. Wiedziałam o tym.
Wtedy
zginam się wpół (robię tak, gdy chcę być ptakiem), wyskakuję
z wody wysoko.
Ryby
rozdziawiają paszcze i kręcą głowami:
- To
niemożliwe, on nie może być rybą. Kim on jest?
Szybuję
chwilę nad jeziorem, które patrzy na mnie swoim wielkim
okiem
i spadam w dół, coraz głębiej i głębiej.
*
Czas wracać
do tego świata, w którym jestem ślepcem. Burczy brzuch.
Niedaleko szczekają dzikie psy. Zimno. Jeszcze pamiętam jak
latałem i co mówiła woda, lecz to nie jest trwałe. Woda jest
ta sama tu i tam, ale ja jestem inny. Bo tak naprawdę to
jestem rybą i ptakiem, a nie tylko drzewem. W głowie noszę
jeden świat. Ludzie są tam bez oczu, nie widzą, tylko są i
drzewem, i trawą, i rybą, i ptakiem, i swoim jedynym
imieniem. Oczy to cudowne okienka, ale gdy wyciągam rękę po
chleb wiem, że widzicie to, co widzicie, a nie to, co jest.
Jest was tak wielu,
a tylko jeden Szymon mnie zobaczył.
*
Kulawy
mówi, że ślepi są gorsi od kulawych. Pytam go, a on z trudem
zamienia na słowa to, co widzi: moje kulawe oko. Nazywa
mnie: "Ślepy", a z psem to było całkiem co innego. Gdy
szliśmy, biegał tam
i z powrotem - nigdy nie pojął, że ja
nie widzę - i szczekał:
- Jakub, co
jest z tobą? Taki długi, a tak się wlecze!
- No już
idę, idę - odpowiadałem - ty masz cztery nogi, a ja dwie,
mnie łatwiej się wywrócić.
Ale on
myślał, że go nie rozumiem, uderzał nosem po moich łydkach
i
szczekał:
- Jakub, bo
ugryzę, jak się tak będziesz wlókł.
Lubił
udawać, że gryzie, łapał za palec, tarmosił aż do bólu,
jakby chciał powiedzieć: - Widzisz, mogę odgryźć, ale nie
robię tego,
Wieczorem,
by nie powiedzieli: "ślepy zwariował", bawiłem się z nim.
Skakaliśmy na siebie warcząc, zbici w kłąb, tarzaliśmy się
po trawie. Zapominał, że nie jestem psem, zaciskał zęby na
mojej szyi:
- Widzisz,
mogę zagryźć!
Nie mógł.
Wybrał mnie na pana, Nie miałem pojęcia o panowaniu, dlatego
on poszczekiwał na mnie, a ja udawałem psa, Nazwałem go
Kuba. I co ze mnie za pan, który karmi okruchami, albo
pestką, a bywa, że to on przywlecze coś na stół. W nocy
dzielił się ciepłem i pchłami. Nie wiem, skąd przyszedł. Gdy
dzikie psy podchodziły zbyt blisko, słyszałem jak warczy,
gotów na śmierć. Chciał, żebym był jego panem. Mógł odejść w
każdej chwili. Próbowałem rozkazywać:
- Kuba
przynieś! Kuba, chodź tutaj!
Słyszał, że
więcej w tym prośby niż rozkazu i nie przychodził. Ja nawet
prosić nie umiem, a cóż dopiero rozkazywać
Po chleb wyciągam
rękę bez słowa. A tu pies chce mnie zrobić panem zupełnie
bez powodu. Jeśli byłem czegokolwiek pewien, to że wszystko
jest mi dane za darmo. Wszystko, nawet ślepota. Kulawy
niewiele jest lepszy ode mnie, ale jaki on pewny siebie! O
słońcu mówi, jakby je sam ulepił. Czy wszyscy widzący są tak
pewni siebie? Może dlatego, że widzą, nie mogą pojąć, że
widzenie dostają za darmo.
O, widzieć!
Chociażby słońce, jak zwycięża noc; trawę, uległą pod moimi
palcami i kolor, który nazywają "zielony", kobietę - głos
jej roztapia lód w mojej piersi, nawet ten, którego słońce
roztopić nie może; wodę - jak to możliwe, że powtarza obraz
wszystkich stworzeń, nie zasłania i jest tak łagodna; a
nade wszystko oczy - gdy je dotykam, to tylko dwie kulki,
jak one mogą ogarnąć świat?
Kuby już
nie zobaczę! Na przednówku, gdy brak chleba, głodu
najbardziej boją się syci. Ja też oszczędzam, chodzę tylko
na żebry i z potrzebą. W nocy siedzę między kamieniami, bo
dzikie psy podchodzą coraz bliżej. W taką noc Kuba ujadał
gotów zginąć, tamci odpowiadali mu podobnie. Czułem już ich
oddech, gdy skoczył. Zakotłowało się, szczekanie przeszło w
skowyt.
Nasłuchiwałem głosu Kuby, ale tylko czarna kula toczyła się
to bliżej, to dalej.
Próbowałem
wstać, gdy zrobiło się cicho. l to był koniec mojego Kuby.
Powlokły go gdzieś w ciemność, poszczekując, pewnie o
zdradzie, a ja utonąłem w noc. Nie było mnie. Nie wiem, jak
długo. Usłyszałem głos Kulawego, mówił:
- Jedz.
Zjadłem i
znów mnie nie było. A potem wszystko zaczynałem od nowa.
*
Myślałem;
najgorsze to nie mieć oczu, ale ich nigdy nie miałem. Kuba
przyszedł, był i nie ma
go. Ale najgorsze jest to, że teraz ja też chciałbym tak jak
on. Nie nauczyły mnie tego drzewa ani woda. Ludzie też nie.
Jak ja to zrobię, przecież jestem niczyj. Kto zechce być
panem Ślepego. Szymon odszedł. Woda? Kocham ją jeszcze
bardziej. Jest podobna do Kuby, tylko cicha i nikt nie może
jej zabić. Ale ona nie potrzebuje mojego życia.
- Kuba,
lżej było mi przedtem, gdy nie wiedziałem, po co żyję. Teraz
boję się, że zatrzasną się drzwi Szeolu i nie zrobię tego.
Moja noc
płynie coraz szybciej. Siedzę i nasłuchuję; krzyki, stukot
sandałów, śmiech kobiet. Tak było i tak będzie. Wstać i
pójść? Dokąd? Nie nauczę się już innego świata. Znów tysiąc
upadków?
*
Wstał
powoli. Postukał dookoła laską i wydeptaną przez siebie
ścieżką ruszył w kierunku jeziora. Wszedł do wody, usiadł na
kamieniu.
-
Przyszedłem się pożegnać - powiedział, zaczerpnął wody
dłonią i obmył twarz.
- Widzisz -
zwracał się tak do każdego - muszę odejść. Nie urodziłem
się, by żebrać..
Byłaś dla mnie dobra - zamilkł - i znów przemył twarz, ale
ty mnie nie potrzebujesz. Nikt mnie nie potrzebuje ... A ja
wiem, po co żyje człowiek ... Może już się nie zobaczymy -
uśmiechnął się- ty jesteś wszędzie, tylko nie ta sama.
Wiesz, że pływam lepiej niż ryby
i latam jak ptak.. Muszę
już iść. - Ukląkł i zanurzył twarz w wodzie. Potem wstał i
powrócił na drogę.
Nigdy nie
wychodził tak daleko. Stukał laską mocniej niż zwykle i
śpiewał psalm.
Nagle
przystanął, wydawało mu się, że ktoś woła go po imieniu.
Usłyszał miarowy stukot, po którym zawsze poznawał Kulawego.
Po raz pierwszy imię "Jakub" wypełniło ciemność i głęboko w
nim odbiło się echem.
- To po
tamtej stronie nocy - powiedział do siebie. - Jakie jest
jego imię? Zawrócił do Kulawego, który nie mógł już iść i z
trudem łapał powietrze. Siedzieli w milczeniu.
- Jakie
jest twoje imię? - zapytał.
- Kulawy.
Jakub
dotknął jego ramienia, odnalazł głowę i palcami zaczął
błądzić po twarzy, mokrych bruzdach czoła, ostrym łuku nosa
i długiej, zmierzwionej brodzie.
- Wystarczy
imię i twarz - powiedział.
- Noga też
by się przydała - roześmiał się tamten. - Mówią, że
odchodzisz. Sam chciałem nieraz, ale o jednej nodze daleko
nie zajdę. Są lepsze miejsca do żebrania. Wiem, powiesz, że
człowiek nie żyje,
by żebrać. I tego nauczył cię pies.
Gdybyś ty widział świat, może nie pytałbyś, po co żyć.
Pewnie źle opowiadałem, ale słońca nie da się opowiedzieć.
Ani kobiety. Tu masz brzoskwinię i trochę placków.
- Jakie
jest twoje imię? - Jakub powtórzył pytanie.
- Nikt nie
wie. I dobrze. Nie wolno kpić z praojca. On urodził się
silny
i mądry, a ja bez nogi... Jeżeli znajdziesz coś, to
przyjdź i powiedz.
Wstali, by
się pożegnać. Całując Jakuba Kulawy wprost do ucha szepnął:
- Dawid! -
odwrócił się i szybko pokuśtykał w stronę miasta.
Ślepy stał
i słuchał stukania drewnianej nogi, a gdy przepadło, z
całych sił, głębiej niż noc, zawołał:
- Dawid!
Dawid!
*
Potem
chodził od miasta do miasta. Spał na drzewach, wychudł,
i
pochylił się jeszcze bardziej, a nogi pokryła zakrzepła
krew.
Nad strumykami i przy sadzawkach długo rozmawiał z
wodą.
Tego popołudnia siedział pod sykomorą czekając, aż
słońce pozwoli
mu iść dalej. Poprzedni dzień był gorący,
szedł w nocy, do miasta było niedaleko, więc teraz drzemał,
chociaż cień się wydłużył. Obudził go gwar. Pobliską drogą
przechodził tłum. Głosy już się oddalały, więc przewracając
się pobiegł za nimi. Dopędził ostatnich.
- Kto to
jest? - zapytał wskazując na człowieka, za którym szli
wszyscy.
- Jezus z
Nazaretu.
- Ja go
widzę! Widzę go!
- Nic
krzycz! Ślepy zwariował.
Popchnięty,
wywrócił się i wtedy zaczął wołać jeszcze głośniej: Panie,
zaczekaj na mnie!
Człowiek
idący na przedzie zatrzymał się. Jakub wstał i biegł prosto
ku niemu, powtarzając:
- Ja go
widzę, ja go widzę. Widzę!
Antoni
Orzech
--------------------------------------------
Autor
opowiadania mieszku w Szwecji. Publikował m. in. prozę i
wiersze w londyńskich „Wiadomościach", paryskiej
"Kulturze", eseje w „Znaku",
|