Antoni rzech                PRZEPISANE 2 - 1 2 3 4 5 6 7        

 

 

 

 

 

Tadeusz Gadacz - W PODZIEMIACH MĄDROŚCI

 

Agnieszka Osiecka - UCISZ SERCE

 

Zbigniew Herbert - PAN OD PRZYRODY

 

PSALMY

 

Jan Błoński - ZDANIE

 

Charles Peguy-

WPROWADZENIE

DO MISTERIUM NADZIEI

 

Max Ehrman - DEZYDERATA

 

K. Kawafis - ITAKA i inne

 

HUMOR Z GÓR

 

S.J.Lec - MYŚLI

 

HAIKU

 

Xu Zhimo - SAYING GOOD-BYE TO CAMBRIDGE AGAIN

 

Z.Herbert - WILKI

 

Bob Dylan - Love is Jast a Four-Letters Words

 

W. Szymborska MILCZENIE ROŚLIN

O SKUTKACH PICIA

LEPIEJE

 

ANIELSKA PEDAGOGIA

 

W. Szymborska RADOŚĆ PISANIA

 

 

 

Agnieszka Osiecka UCISZ SERCE

 

Kto przysłonił te księżyce nad dachami,
Mądrą głowę miał.
Chciał by żony całowały się z mężami,
Nie wpadały, mój kochany, w szał.
Po co biegniesz za księżycem w dal na łowy

Gdy masz w domu kwiat?
Wiernym
ludziom serca błyszczą jak podkowy,
A złym ludziom czarno kwitnie sad.

Uplotę ci złoty kołacz
Z moich złocistych promieni,
Już ty się człowieku nie kołacz
Niech ci się na dobre odmieni.
Ja twoje bóle utulę,

Otworzę ci niebo snu.

Ja twoje żale oddalę,

Wróćże tu.

 

Pora już siadać do stołu,

Czas już do Boga biec

I nasze serca uciszyć

W blasku świec.


Ucisz serce, ucisz serce
W białym świetle szabasowych świec.
Ucisz serce, ucisz serce
Jedno z tylu, jedno z tylu serc.
Wielki Panie winorośli,
Stworzycielu gwiazd,
Proszą dzieci i dorośli:
Nie zapomnij, nie zapomnij nas!

Ty, co gładzisz oceany
I prowadzisz w dal bezpieczną,
Spojrzyj też na nasze rany,
Na kołyskę i miasteczko.
Rozesłano już kobierce
W białym świetle szabasowych świec.
Ucisz serca, ucisz serce,
Jedno z wielu serc.

Ty, co złocisz łany zboża,
Bielisz
mąki pył,
Od pożaru i od noża
Chroń nas z całych sił.
Daj nam rodzić się w pokoju
I umierać w noc serdeczną,
Wodą z królewskiego zdroju
Pobłogosław to miasteczko.


Ucisz serce, ucisz serca
W białym świetle szabasowych świec
Ucisz serca, ucisz serca,
Czarne gwiazdy serc.

 

----------------------

 

Zbigniew Herbert  PAN OD PRZYRODY

 

Nie mogę przypomnieć sobie 
jego twarzy 

stawał wysoko nade mną 
na długich rozstawionych nogach 
widziałem 
złoty łańcuszek 
popielaty surdut 
i chudą szyję 
do której przyszpilony był 
nieżywy krawat 

on pierwszy pokazał nam 
nogę zdechłej żaby 
która dotykana igłą 
gwałtownie się kurczy 

on nas wprowadził 
przez złoty binokular 
w intymne życie 
naszego pradziadka 
pantofelka 

on przyniósł 
ciemne ziarno 
i powiedział: sporysz 
z jego namowy 

w dziesiątym roku życia 
zostałem ojcem 
gdy po napiętym oczekiwaniu 
z kasztana zanurzonego w wodzie 
ukazał się żółty kiełek 
i wszystko rozśpiewało się 
wokoło 

w drugim roku wojny 
zabili pana od przyrody 
łobuzy od historii 

jeśli poszedł do nieba - 

może chodzi teraz 
na długich promieniach 
odzianych w szare pończochy 
z ogromną siatką 
i zieloną skrzynią 
wesoło dyndającą z tyłu 

ale jeśli nie poszedł do góry - 

kiedy na leśnej ścieżce 
spotykam żuka który gramoli się
na kopiec piasku 
podchodzę 
szastam nogami 
i mówię: 
- dzień dobry panie profesorze 
pozwoli pan że panu pomogę 

przenoszę go delikatnie 
i długo za nim patrzę 
aż ginie 
w ciemnym pokoju profesorskim 
na końcu korytarza liści

Zbigniew Herbert

 

PSALMY

 

PSAŁTERZ FLORIAŃSKI Psalm XXII - XIV i XV wiek - najstarszy

1. Gospodzin oprawia mie a nics mi niedostanie, na mieście pastwy tamo mie postawił.
2. Na wodzie postrobieństwa wsch<o>wał mie *, duszę moję obrocił.
3. Odwiodł mie po
stdzach
**  sprawiedlności prze imię swoje.
4. Bo aczbych chodził pośrzod cienia śmierci, nie będę sie bać zła, bo ty se mną jeś.
5. Pręt twoj i dębiec twoj, ta jesta mie ucieszyła.
6. Ugotował jeś w obeźrzeniu mojem stoł przeciwo tym, jiż mącą <mie>.
7. Utuczył jeś w oleju głowę moję; a kielich moj upawający kako światły jest!
8. A miłosierdzie twe będzie naśladować mie wszelikich dniow żywota mego,
9. a bych przebywał w domu bożem na długie dni.

 

PS.

*Na wodzie postrobieństwa wsch<o>wał mie - zob. to zdanie niżej w tłumaczeniu ks. J. Wujka.

**stъgna, (sv. stig?) zdrobniałe ścieżka, ale dial. stecka, stpol. stdza ...

 

PSALM 23 – J. Kochanowski  - 1579  (parafraza)

Dominus regit me et nihil mihi deerit

 

Mój wiekuisty Pasterz mię pasie,

Nie zejdzie mi nic na żadnym wczasie;

Zawiódł mię w pasze niepospolite,

Nad zdroje żywej wody obfite.

 

Wrócił mię z dziwnych obłędliwości

Na ścieżkę jawnej sprawiedliwości;

Postanowił mię na drodze prawej

Z chęci ku słudze swemu łaskawej.

 

By dobrze stała śmierć tuż przede mną,

Bać się nie będę, bo Pan mój ze mną.

Twój pręt, o Panie, i laska Twoja

W niebezpieczeństwie obrona moja.

 

Posadziłeś mię za stół kosztowny,

Skąd nieprzyjaciel boleje główny;

Włos mi mój wszytek balsamem płynie,

Czasza opływa w rozkosznym winie.

 

Ufam Twej łasce, że mię na wieki

Nie spuścisz, Panie, z swojej opieki;

I będę mieszkał w Twym świętym domu

Nie ustępując laty nikomu.

 

Psalm XXII. U Żydów 23. – ks. J. Wujek - 1599  (z Wulgaty)

W tym Psalmie wylicza Prorok dobrodziejstwa kościołowi chrześciańskiemu od Pana Boga dane, jaka téż jest nauka pożywania ciała Bożego, i inszéj świętości.

1- Psalm Dawidowi.

Pan mię rządzi, a ninaczem mi schodzić nie będzie.

2- Na miejscu paszy tam mię posadził: nad wodą posilenia wychował mię.

3- Duszę moję nawrócił: prowadził mię ścieżkami sprawiedliwości dla imienia swego.

4- Bo choćbym téż chodził w pośród cienia śmierci, nie będę się bał złego; bowiemeś ty jest zemną: laska twoja, i kij twój, te mię cieszyły.

5- Nagotowałeś przed oczyma memi stół na przeciwko tym, którzy mię trapią: utłuściłeś olejkiem głowę moję: a kielich mój upojający jak kosztowny jest.

6- I miłosierdzie twoje pójdzie za mną po wszystkie dni żywota mojego: i abym mieszkał w domu Pańskim na przedłużenie dni.

 

Psalm 23 – Anonim - 1769

Pan jest Pasterzem moim na niczym mi nie zeydzie.

Na paszach zielonych postawił mię: a do wod cichych prowadźi mię.

Duszę moję posila, prowadzi mię scieszkami sprawiedliwości dla imienia swego.

Choćbym też chodźił w dolinie ćienia śmierći, nie będę się bał złego; albowiem ty ze mną:

łaska twoia, i Kiy twoy, te mię cieszą.

Przed oblicźem moim gotujesz stoł przeciwko nieprzyjaciołom moim:

pomazałes Oleykiem głowę moię, kubek moy iest opływający.

Nad to dobrodzieystwo i miłośierdzie twe póydą za mną po wszystkidni żywota moiego: a będę mieszkał w domu Pańskim na długie ćzasy. 

 

Psalm 23 - L. Staff  - 1959

Pan jest pasterzem mym i nic mi nie braknie.

Pasie mnie na zielonej łące

Wiedzie mnie do rzeźwiącej wody, krzepi duszę moja.

Prowadzi mnie prawymi ścieżkami dla  imienia swego.

Choćbym i chodzić musiał w cieniu śmierci,

Nie boję się zła, gdyż jesteś ze mną.

Berło twe i laska twoja są mi obroną.

Zastawiłeś przede mną stół ku wstydowi nieprzyjaciół moich.

Namaszczasz olejkiem mą głowę, kielich mój jest pełen rozkosznego wina.

Niech łaska twa towarzyszy mi przez całe życie moje,

bym mieszkał w domu Pana przez wszystkie  dni.

 

Psalm 23 – R. Brandstaetter – 1973

Pan jest moim pasterzem i niczego mi nie brak.

Pasie mnie na zielonych pastwiskach

I prowadzi mnie do spokojnej wody, orzeźwia moja duszę

i wiedzie mnie prawymi ścieżkami dla swojego imienia.

A choćbym kroczył doliną ciemnych cieni,

Nie będę się lękał zła, bo jesteś ze mną.

Pociechą moją są Twoja laska i twój kij pasterski.

Zastawiasz przede mną stół w obecności moich ciemiężycieli

Głowę moją  namaszczasz olejkiem a kielich mój jest pełny.

Dobro i łaska kroczą za mną przez wszystkie dni mojego życia.

W domu Pańskim zamieszkam po najdłuższe dni.

 

Psalm 23 - Cz. Miłosz  - 1979 (z hebrajskiego)

Psalm Dawida.

Pan jest pasterzem moim. * Na niczym mi nie zbywa

Na zielonych pastwiskach położył mnie, * nad spokojne wody mnie prowadzi.

Duszę moją posila, * prowadzi mnie po ścieżkach prostych * dla chwały swego imienia.

A choćbym zeszedł w ciemną dolinę śmierci, * nie będę lękać się złego, bo Ty jesteś ze mną. *

Twój kij pasterski i laska: one mnie będą wiodły.

Ty stół biesiadny zastawiasz przede mną na przekór moim wrogom, *

głowę moją olejkiem namaszczasz, * a mój kielich przelewa się.

Szczęście i łaska podążają za mną * po wszystkie dnie mego życia. *

I zamieszkam w domu Pańskim * na długie czasy.

 

Psalm 23 – najnowsze tłumaczenie - 2005

Psalm Dawida. Pan jest pasterzem moim nie brak mi niczego.

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach prowadzi mnie nad wody, bym odpoczął.

Ożywia mnie na nowo, prowadzi mnie po właściwych ścieżkach ze względu na swoje imię.

Choćbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną!

Twój kij pasterski i laska: czynią mnie bezpiecznym.

Zastawiasz przede mną stół wobec moich przeciwników.

Namaszczasz mi głowę olejkiem a mój kielich jest napełniony.

Dobroć i łaska niech idą za mną przez wszystkie dni mego życia.

abym zamieszkał w domu PANA po najdłuższe czasy.

 

Psalm 23 -  A. Orzech - 2013

 

Pan jest pasterzem moim

nie brak mi niczego.

On mnie prowadzi na łąki zielone

i do wód spokojnych

abym odpoczął.

 

Dodaje mi sił

i wiedzie ścieżkami prostymi

dla chwały swego imienia.

 

A choćbym szedł ciemną doliną 

zła się nie ulęknę  

bo Ty jesteś przy mnie

i chroni mnie Twoja laska.

 

Na przekór moim wrogom

zastawiasz stół przede mną 

namaszczasz mi głowę olejkiem

a mój kielich jest pełen po brzegi.

 

Twoja dobroć i łaska zawsze będą przy mnie

i póki żyć będę

dom Pana będzie moim domem.

 

======================================

JAN BŁOŃSKI, Zdanie  "Tygodnik Powszechny".


W Ogrodzie nauk pisze Miłosz, że polszczyzna "nie jest językiem o ' ustawionym' głosie". Co ta przenośnia oznacza? Poeta podkreśla "potrzebę jednego, głównego nurtu rytmicznego, który stanowi niejako tło" dla rozmaitych przedsięwzięć językowych. Ale później narzeka na "gadulstwo" staropolszczyzny, mówi o stanisławowskim "oczyszczeniu" języka, a nawet o ładzie i prostocie prozy Prusa... Język dzisiejszy razi go swoim "wydwarzaniem": ze "skłonnością do zapożyczeń idzie w parze jakiś niedowład składni: zdania rozłażą się, wloką, ospale, niemrawe". Słowem, pod ustawieniem głosu rozumie Miłosz jeśli nie wzorzec, to przynajmniej drogowskaz stylistyczny. Dobór słownictwa i energia składni są dla niego równie ważne co "nurt rytmiczny".

Miłosz słusznie zwraca uwagę, że terenem, gdzie najlepiej obserwować walkę o kształt języka, jest "mnóstwo robionych w Polsce przekładów". Stąd pokusa, by przyjrzeć się tłumaczeniom Biblii. Miłosz nie ukrywa, że chciałby je narzucić użytkownikom... przynajmniej jako wzór wypowiedzi poważnej, dostojnej. W obrębie polszczyzny, powiada, zaciera się współobecna "odrębność kilku języków", postępuje proces homogenizacji stylistycznej, "odpowiedzialność za co ponosi powszechny już dzisiaj żargon inteligencko-dziennikarski". Może to ostatnie określenie nie najtrafniejsze, ale mniejsza, bo koń, jaki jest, każdy widzi. "Tekstom biblijnym - pisze Miłosz - podołać mógłby zapewne tylko nowoczesny polski język 'wysoki', hieratyczny i liturgiczny, który by miał źródła w całej przeszłości, a zarazem był przyjęty przez dzisiejszą językową wrażliwość". Oczywiście, takiego języka nie da się zrobić na zawołanie: "odważam się wystąpić z moją próbą tylko dlatego, że od dawna (...) szukałem w języku biblijnym miary i wzoru dla poezji".

Ale w jakim właściwie "języku biblijnym"? Przecie nie w hebrajskim, greckim... W zrozumiałej dla licealisty Wulgacie? W szesnastowiecznych tłumaczeniach? W dziewiętnasto-wiecznej prozie kościelnej, prozie modlitw, tłumaczeń, przeróbek i poprawek Wujka? Potakująca odpowiedź byłaby w każdym przypadku błędem. Szukanie miary i wzoru jest dla rzetelnego poety tworzeniem miary i wzoru. Popatrzmy zatem na zdanie Psalmu. Może ułatwi ono odpowiedź na pytanie, co u Miłosza przeważa: odniesienie do cudzego głosu, do przeszłości polszczyzny, czy świadoma wola zbudowania stylistycznego modelu.

Końcowy werset Psalmu 29 brzmi po hebrajsku:

Jahwé 'oz leammo jitten
Jahwé je barékh et-âmmo ba
alom.


Po łacinie Wulgaty:

Dominus virtutem populo suo dabit;
Dominus benedicet populo suo in pace.


W Biblii Tysiąclecia:

Pan udzieli mocy swojemu ludowi,
Pan ubłogosławi lud swój pokojem.


Nie będę jednak rozważać tłumaczeń Miłosza względem oryginału. Zajmuje mnie polska historia słynnego zdania. Miłosz podkreślał, że w swej pracy korzystał często z istniejących przekładów. Ufał anonimowości, powszechności zwrotów i wyrażeń, które, niczym kamienie w potoku, ogładził czas. Tak się jednak składa, że werset, choć bardzo prosty, przekładano - zwłaszcza współcześnie - inaczej niż uczynił to Miłosz:

Pan da siłę swojemu ludowi,
Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju.


Postaram się, porównując stare i nowe wersje, wyłuskać zasady, których trzymał się poeta w tworzeniu "hieratycznego i liturgicznego" stylu. Będzie to niepełne i rudymentarne, ale od czegoś trzeba w końcu zacząć.

l. Uderza przede wszystkim wierność dla archaicznej formy wersetu i usilne podkreślenie paralelizmu: "Pan da (...) Pan da". Nie postąpił tak nikt z dotychczasowych tłumaczy. Od Psałterza Floriańskiego biegnie formuła:

Gospodzin czescz ludu swemu da,
Gospodzin blagoslawicz bodze ludu swemu w pocoiu.


Gospodzin zmienia się w Pana, cześć w moc, siłę, wyjątkowo potęgę i męstwo, Pan udzieli mocy albo natchnie mocą, także pokój i błogosławieństwo wchodzą w różne związki. Trwa jednak zestawienie: "Da (...) pobłogosławi". Inaczej tylko w Biblii Leopolity:

Pan da moc ludu swemu,
Błogosławieństwo da ludu swemu w pokoju.


Także w mało znanym przekładzie ks. Kniszyńskiego czytamy:

Pan da moc narodowi swemu -
da Pan i błogosłowić będzie narodowi swemu w pokoju.


Tłumacz chce dochować wierności poetyckiej zasadzie oryginału, ale "da Pan" bez dopełnienia brzmi zbędnie i pusto. Potrzebę paralelizmu odczuwa silnie Brandstaetter - nic dziwnego, bliski przecie hebrajskiej tradycji! - umieszcza go jednak gdzie indziej:

Pan natchnie mocą swój lud,
Pan pobłogosławi pokojem swój lud.


Dlaczego nie pojawiło się nigdy proste powtórzenie "Pan da"? Po prostu dlatego, że nie ma go w oryginale. Nie ma w tym przynajmniej wersecie, gdzie na określenie daru siły i błogosławieństwa znajdują się dwa różne słowa. Ale cóż z tego? Miłosz trzyma się żelaznej reguły dobrego przekładu: pilnuje ducha, nie litery. Duch biblijnego stylu żąda twardo paralelizmów: Miłosz stawia je tam, gdzie brzmią świeżo i skutecznie. Nie narusza zaś znaczenia: czyż błogosławieństwo nie jest Bożym darem?

Biblijnego paralelizmu pilnuje Miłosz nieporównanie skrupulatniej niż wszyscy nowsi tłumacze, z poznańskimi i tynieckimi włącznie. W tym samym Psalmie mamy dwukrotnie "oddawajcie Panu" (5), "Głos Pana" (4, 5), "Pan zasiadł (...) Pan zasiada" (10). Otóż znaczna większość tłumaczy starała się jakoś zróżnicować użyte przez Psalmistę wyrażenia. Nawet Wujek (Psalm 29 w ogóle mu się nie udał, ale zastrzegam się, że cenię go wyżej niż Miłosz!) unikał identycznych powtórzeń, pisząc na przykład: "Głos Pański łamiący cedry: i połamie Pan cedry" (5) albo: "Pan czyni (...) a będzie siedział Pan" (10).

Rzecz w tym, że tradycja retoryczna, wpajana razem z łaciną od renesansu, kazała jeśli nie unikać to przynajmniej usprawiedliwiać powtórzenie. Jest ono - do naszych czasów - odczuwane na ogół jako zbędne lub monotonne. Byli pisarze, co jak Nałkowska tępili nawet równobrzmiące sylaby w zdaniu... Tymczasem Miłosz sięga po powtórzenie często i z szacunkiem. Dlaczego? Ponieważ jest pierwotnym znakiem sakralności. Powtarza się to, co ważne, natchnione - słowo zdolne ożywić, zmienić, zabić. Ślady tej funkcji powtórzenia zachowały się jeszcze w folklorze. Jednak w potocznej świadomości językowej odczucie sakralności powtórzenia rozbudzić może tylko twórca wybitny.

2. Jakie konsekwencje niesie przywiązanie do paralelizmu? Najpierw - szczególne rozumienie poetyckości. Poetyckie jest dziś zwykle to, co nowe, jeszcze nie powiedziane nigdy. Inaczej dla Psalmisty: poetyckie jest to, co powiedziane dobrze, skutecznie, co będzie na pewno właściwie zrozumiane. Trudno wdawać się tutaj w teorię biblijnego wersetu. Rysuje się jednak od razu prosta typologia: podział ze względu na ilość członków (od jednego do czterech) oraz na relacje znaczeniowe między członkami. Jeśli werset dwuczłonowy, może być synonimiczny, antytetyczny lub syntetyczny, może powtarzać, przeciwstawiać się lub wzbogacać. Najciekawszy trzeci, jak nasz właśnie. Pan daje najpierw siłę, potem błogosławieństwo pokoju, daje temu samemu ludowi. Mamy zatem i wyraźne powtórzenie (utrwalenie) sensu i wyraźną odmianę (odnowienie). Znaczenie winno zostać najpierw umocnione, upewnione przez repetycję, dobrze zapamiętane. Dopiero na tle powtórzenia wprowadzona zostaje nowość: tym samym nabiera ona wyrazistości. Łatwo wskazać mnemotechniczne przyczyny poetyckiego postępowania Psalmisty. Dodajmy jednak, że unaocznia ono najprościej - w obrębie jednego zdania - opozycję ciągłości (tradycji) i oryginalności, których współgranie określa rozwój literatury. Jesteśmy naprawdę u początku poezji, u źródła poezji - jak u źródła prawdy.

Jak teraz sprawić, aby nie biło ono rozwlekle, monotonnie? Mimo powtórzenia werset Miłosza brzmi zwięźle. Przeciwnie w Biblii Poznańskiej, gdzie czytamy:

Jahwe udzieli mocy swemu ludowi,
Jahwe błogosławić będzie swemu ludowi darząc go pokojem.


Rozwlekłość jest niechcianym skutkiem gorliwości duszpasterskiej, troski, aby niczego ze znaczenia nie uronić. Ale w poezji nie osiąga się zrozumienia analitycznie, wyliczając, jak w słowniku, użycia i odcienie semantyczne. Jak zobaczymy, Miłosz szuka uparcie słów najogólniejszych znaczeniowo; zwykle zatem najstarszych, najprostszych. Rozwija jednak wielostronną strategię zwięzłości.

Niewątpliwie stara się używać słów krótkich. Psalm 29 liczy u Miłosza łącznie 88 słów, 103 u Wujka, 93 w Biblii Tysiąclecia. Jeśli słów jednosylabowych jest 19, 19 i 17, to dwusylabowych już 44, 54 i 46, więcej niż dwusylabowych 25, 30 i 30. Te różnice są chyba w polskim zasobie słownym znaczące. Ale efekt zwięzłości osiąga się subtelniejszymi sposobami. Przede wszystkim radykalną eliminacją słów niekoniecznych, zjawiających się dla złudnej eufonii u niedoświadczonych tłumaczy, co starali się walczyć z anachronizmem (z filologicznymi błędami) Wujka:

Pan też doda mocy ludowi swemu
(Biernacki)
 
Niechże Pan mocą darzy swój lud
(Klawek)
 
Ten Pan ludowi swemu potęgi użyczy
(Wójcik)
 
Niech Pan udzieli pomocy ludowi swemu
(Szeruda)
 
da Pan i błogosławić będzie narodowi swemu w pokoju
(Kruszyński)


Jest jeden u Miłosza wyjątek: zaimki dzierżawcze. Pełnią funkcję szczególną, która usprawiedliwia ich zdumiewającą częstotliwość. Mianowicie: przedmioty czy pojęcia stają się bardziej "naoczne", konkretne, jeżeli wskaże się wyraźnie ich posiadacza. W tym wypadku dyrektywa zwięzłości zostaje zatem zawieszona.

Trudniejsze do uchwycenia - ale też do wprowadzenia w tekst! - są preferencje gramatyczne. Wrażenie zwięzłości powstaje z eliminowania innych niż czynne form czasownika. Psalm (czy poemat) zdaje się wtedy "dziać prędzej". "Głos Pana łamie cedry" brzmi krócej niż "Głos Pański łamiący cedry" (Wujek, 5), nie tylko dlatego, że imiesłów jest trzysylabowy. Także rzeczownik "Pana" jest zwięźlejszy niż przymiotnik "Pański", może dlatego że grupy spółgłoskowe stawiają większy opór językowi. Strona bierna należy u Miłosza do rzadkości, zwrotna zjawia się na pewno mniej często niż w polszczyźnie mówionej czy gazetowej. Niestety, udowodnić to mógłby chyba tylko komputer... To samo wolno powiedzieć o formach złożonych: "Pan da moc (siłę)" jędrniejsze od: "Niech Pan..." Futurum w roli rozkaźnika jest zresztą najsilniejszą z form imperatywnych, ponieważ zawiera w sobie przekonanie o nieuchronnym spełnieniu się oczekiwanego zjawiska. Formuła: "Pan pobłogosławi swój lud pokojem" (Skwarnicki) jest niewątpliwie najzwięźlejsza. Jednak Miłosz nie napisał: "pobłogosławi", ale: "da błogosławieństwo"... Dlaczego, powiemy.

Jak widać, gramatyczny kształt tekstu nie jest bynajmniej Miłoszowi obojętny. Więcej: piękność zasadza się w Psalmach na cnotach gramatycznych, zwięzłości, odpowiedniości, jasności... W powtarzalnej strukturze wersetu tym jaśniej grają symetrie i asymetrie morfologii i składni. Uwidaczniają się i odzyskują poetycką jakość najprostsze różnice: Pan daje najpierw jedno słowo (siłę), potem dwa (błogosławieństwo pokoju). Zapewne więc daje coraz więcej... I daje jakoś inaczej, skoro w drugim zdaniu dopełnienie zmienia miejsce. Trudno zauważalna w metaforycznej zawierusze współczesnej poezji, ta rudymentarna "poezja gramatyki" zdaje się fundamentem pomników literatury. W poezji - pisał Jakobson - "każdy składnik językowy zostaje przekształcony w figurę mowy poetyckiej (...) zasoby poetyckie skryte w morfologicznej i składniowej strukturze języka, słowem, poezja gramatyki (...) były rzadko doceniane przez krytykę (...) ale twórczy pisarze czerpali z nich często po mistrzowsku". Tak jest niewątpliwie w Miłoszowych psalmach: silna i prosta wyrazistość wersetu każe poecie i słuchaczom zwracać uwagę na różnice najniższego językowego poziomu (nawet ilości słów i porządku części zdania!) i różnicom tym nadaje - czy przywraca - liryczną skuteczność.

3. Dlaczego Pan da siłę, nie moc? Pytanie zasadne, bo moc częstsza i możniejsza. Obowiązuje we wszystkich starych psałterzach (prócz Floriańskiego, gdzie "cześć") i przeważa w nowych. Tylko gdzieniegdzie zjawia się "męstwo" (Mirek), "potęga" (Wójcik) i wreszcie "siła", na którą wpadł pierwszy Staff, po nim zaś anonimowy tłumacz Brytyjskiego Towarzystwa Biblijnego. Nic dziwnego: moc jawi się jako bardziej duchowa niż siła, brzmi dostojniej i trochę tajemniczo. Wstępną intuicję .potwierdzają słowniki: moc ma już od dawna szerszy zakres znaczeniowy. Siła jest przede wszystkim energią, zdolnością działania lub wywierania wpływu, także gwałtem. Moc zaś bywa poza tym - czy przede wszystkim - potęgą, panowaniem, uprawnieniem, prawomocnością, wytrzymałością, istotnością i Bóg wie czym innym jeszcze. Lista jej łacińskich odpowiedników jest kilkakrotnie dłuższa (Słownik staropolski ), zaś rozproszenie znaczeń nie przestaje postępować (Linde, Karłowicz, Doroszewski).

Słowem siła jest cielesna, duchowa zaś przez to, że pochodzi od Pana. Opowiadając się za siłą, Miłosz wybiera słowo jak gdyby młodsze, prostsze, naiwniejsze, bardziej cielesne. A przy tym - paradoksalnie - zdatniejsze do nowych połączeń niż znużona nieco moc.

Pan "da siłę", nie zaś "doda siły". W najstarszych przekładach było "da", w Bibliach gdańskiej i nieświeskiej pojawiło się "doda", co świadczy o nieco odmiennym odczuciu zjawiska. Skoro Bóg dodawał, to znaczy, że było już coś przedtem. Pomijam tę presupozycję teologiczną, zapewne nieświadomą, boć to przecie kalka z "dodać ducha", "dodać odwagi", zwrotów częstych u naszych walecznych przodków. Mnie interesuje raczej tęsknota do nierozdzielności znaczenia, widoczna u Miłosza. Pan daje wszystko, Pan nie jest aptekarzem, nie dodaje ani nie odejmuje. "Da" jest oczywiście znacznie ogólniejsze od rozmaitych frazeologizmów, do których zwłaszcza w XX wieku prowokowało słowo "moc"; nie przypadkiem, skoro przeszło w strefę mowy ozdobnej. Pan zatem "darzy mocą" (Klawek), "użyczy potęgi" (Wójcik), "udzieli mocy" (Bąk, Szeruda, Skwarnicki) czy "potęgi" (Peter), "natchnie mocą" (Brandstaetter). Ładne to wszystko wyrażenia i całkiem na miejscu, zwłaszcza ostatnie. Jest w nich jednak stale implikacja cząstkowości. Użycza się lub udziela mocy, potęgi z jakiegoś skarbca, trzeba je podzielić, odważyć, musi się odbyć jakaś dystrybucja.

Odwołując się do zupełnie elementarnego "da", którego nierozdzielone, nierozproszone jeszcze znaczenie obejmuje (przynajmniej wirtualnie) wszystkie poprzednie - Miłosz wybiera słowo, którego zasób semantyczny jest najmniej zróżnicowany, najogólniejszy. Przez to niezróżnicowanie słowo "da" jest najbliższe fizycznemu gestowi daru, przekazywania z ręki do ręki, z ciała do ciała, z duszy do duszy (siedziby życia, energii witalnej?). Dlatego "da siłę" jest w końcu prostsze i zupełniejsze od "da" (a tym bardziej "doda") "moc" lub "mocy" ...chociaż ta "moc" krótsza i przez to kusząca. Słowa "dać, dar" są u Miłosza słowami ulubionymi, nasyconymi szczególnym znaczeniem. Dar, obdarowanie wskazują na szczęście, którym cieszy się człowiek, żyjący w zgodzie z tym co stworzone. Świat jest dobry, o ile jest darem, o ile utrzymuje go darząca dłoń. Słówko teologiczne, bo przypomina, że dobro (szczęście) jest łaską. Co całkiem wyraźnie powiedziane w wierszu Dar . I tutaj także słowo "da" jest zwornikiem wersetu, w nim sekret poetyckiego sukcesu.

Dlatego też Miłosz wołał "da błogosławieństwo" - a zatem wyrażenie złożone - od zwięźlejszego "pobłogosławi" ("ubłogosławi"). Poeta skłania się do form dokonanych. Woli to, co zdarzyło się raz, co raz jeszcze się zdarzy, od owego "będzie błogosławić", które zakłada wieczną i tożsamą opiekę Pańską. Psalmy są, jak wiadomo, niezmiernie dramatyczne. Bóg stale opuszcza Izraela, zapomina o nim, ale ubłagany wraca, darowuje, daje znów błogosławieństwo, ratuje z paszczęki lwiej i z ręki nieprawych. Pan nie błogosławi ciągle, jak automat; daje błogosławieństwo i oddala się, aby powrócić na błaganie ludu. Oczywiście wątpliwe, aby poeta rozmyślał nad każdym zwrotem, jak to teraz usiłuję czynić, ale poeci zwykle nie potrzebują tak rozmyślać, wiedzą wszystko od razu. I jeszcze: "dać błogosławieństwo" brzmi konkretniej niż "błogosławić". Daje się z ręki do ręki, z ciała do ciała. Słowo "błogosławić" kojarzy się z liturgicznym gestem, zwrot "dać błogosławieństwo" z przekazaniem energii (dobra) niczym przedmiotu. Starszeństwo można było przehandlować za miskę soczewicy, błogosławieństwo można także dać jak talizman, jak rzecz. W tę stronę zmierza sugestia poety, który dary duchowe pragnie najwyraźniej ukonkretnić.

Pozostaje jeszcze "błogosławieństwo pokoju". Paradoksalnie, ten znajomy zwrot jest w tym miejscu Psalmu zupełnie nowy. Od Psałterza Floriańskiego aż po dziś tłumaczono najchętniej: "błogosławić będzie (...) w pokoju", jak w Wulgacie: "benedicet in pace ". Ale od 1937 roku rozpowszechniał się pomysł ks. Klawka: "błogosławić (...) pokojem". W słowie "bâsalom" początkowe "ba" może oznaczać albo przyimek "w", albo funkcję narzędnika: hebraista uprzytomnił sobie, że "pokojem" jest równie uzasadnione co "w pokoju". Nowość spodobała się od razu poetom, Bąkowi, Skwarnickiemu, Brandstaetterowi... I znowu: nie w wierności rzecz (bo nikt przeciw oryginałowi nie grzeszy), ale w celności, którą uchwycić można tylko względem czy wewnątrz polszczyzny.

Co oznacza "błogosławić"? Dobrze życzyć, pozdrawiać, obdarzać, szczęścić, wielbić, wyznawać... Słowo "pokojem" ("w pokoju") wskazuje, że Psalmista mierzy zwłaszcza w "obdarzać": o to przecież chodzi, aby Izrael zwyciężył (lub przynajmniej zyskał siłę), następnie zaś cieszył się pokojem. Wszakże nie ludzka to sprawa, ale Boska, nadprzyrodzona... stąd "błogosławi" czy "błogosławieństwo", słowa nieodparcie religijne, związane z sacrum. Małymi przesunięciami odnowi teraz Miłosz wyrażenie utarte, właściwie pospolite.. Pan błogosławi, czyli daje błogosławieństwo, Pan daje także pokój. Poeta łączy oba i czytamy: "da (...) błogosławieństwo pokoju". Dziecinnie proste? Proste i nie proste, skoro żaden z dwudziestu paru tłumaczy tak nie powiedział. Istniały widać jakieś hamulce frazeologiczne, które odsuwały to rozwiązanie. Przypominam też sobie, że kiedy pierwszy raz przeczytałem werset, mignęło mi przez głowę pytanie, co właściwie znaczy "błogosławieństwo pokoju"... chociaż trudno o pospolitsze wyrażenie. Rzecz w tym, że "błogosławieństwo" oznaczać może zarówno czynność (w Słowniku XVI-wiecznej polszczyzny : dobrorzeczenie, poświęcenie, przeżegnanie itp.), jak przedmiot czynności (dar, dobro, łaskę itp.). Otóż słowo "da" - znowu ono! - aktualizuje obydwie możliwości, co powoduje minimalną oscylację semantyczną. W swojej całości wyrażenie jest zatem trochę niespodziewane... Takie właśnie zabiegi miał Miłosz na myśli, kiedy mówił o potrzebie ratowania słów przestarzałych, owszem, ale do uchowania, byle zjawiły się w zwrotach "celnych".

4. Jak zatem buduje Miłosz wysoki styl modlitwy? Modlitwy biblijnej, ale przecież i współczesnej? Odrzuca najpierw postrenesansowe zakazy i wraca jawnie do hebrajskiej retoryki potwierdzenia i zaprzeczenia (bądź uzupełnienia). Prostymi paralelizmami posługuje się tak, aby odsłonić różnice najniższego poziomu (słownikowego i gramatycznego), tworząc świadomie "poezję gramatyki". Jego dążenie do zwięzłości opiera się na traktowaniu procesu duchowego jako wkorzenionego w ciało: dowodem choćby "oddechowy" charakter wersetu i skłonność do ukonkretnienia. Dalej: Miłosz nie dąży do uściślenia przez uszczegółowienie. Powraca raczej do niezróżnicowanej zupełności znaczeniowej jako do nieprzebranej skarbnicy możliwości słownych. Nie tyle też walczy z mową potoczną, ile stara się ożywić słownictwo religijno-moralne, będące duchową pamięcią kultury. Ożywić przez (stosunkowo) nieznaczne przesunięcia semantyczne, możliwe dzięki ogromnej ilości połączeń frazeologicznych, w jakie te słowa w swej historii wchodziły. Tak w leksyce, w składni, w narastaniu metonimiczności, w przeobrażeniach pojęcia poezji (literackości) - kształtuje się wysoki styl hymniczny, z którym zapewne zwiąże się trwale nazwisko poety.

Tłumaczenia biblijne zdają się zatem dla Miłosza tym, czym Psałterz Dawidów dla Kochanowskiego: poetyckim laboratorium, które na długo naznaczyło (dziś zaś, mogłoby zaznaczyć) kształt polskiej wypowiedzi lirycznej. Czy Miłoszowi uda się naprawdę ustawić głos" rodzimej poezji? Nie ma dziś na takie pytanie odpowiedzi. Pamiętać należy tylko, że w przekładach poety tkwi propozycja mowy wspólnej, propozycja kanonicznego stylu "hieratycznego i liturgicznego".

Jeśli tak, warto pomyśleć poważnie o obrzędowym spożytkowaniu tych tłumaczeń. Powiedzmy głośno: współczesne czytania liturgiczne pozbawione są energii i urody językowej. Wybitni bibliści, którzy je sporządzili, mierzyli w wierność, którą osiągnęli, i w zrozumiałość, co do której często się łudzą. Pomijam już, że filologiczna dokładność rzadko idzie w parze z przystępnością. Właściwe uchwycenie sensu czytań starotestamentowych zależy decydująco od znajomości kontekstu i religijno-literackiej kultury odbiorcy. To, co dla biblisty oczywiste, pozostaje często niepojęte dla słuchacza, i Biblia (Poznańska czy Tysiąclecia) bywa nieraz - wbrew pozorom - równie trudna do zrozumienia co poprawiany Wujek.

A oto co najważniejsze: główną liturgiczną cnotą dobrego przekładu jest celność i skuteczność, czyli zdolność poruszania umysłu i serca. Tej skuteczności właśnie brakuje wprowadzonym niedawno tłumaczeniom. Zazwyczaj zarzuca się im estetyczną nikłość czy nijakość. Na co zarówno uczeni, jak biskupi machają ręką, ponieważ piękno uważają za cenny, owszem, ale niekonieczny przydatek biblijnego przesłania. Tymczasem wcale nie o "piękno" tu chodzi. Znamiona wysokiego stylu - powaga, majestat, poczucie dawności, tajemniczości i tym podobne - są integralną częścią świętego przekazu. Dlatego najskrupulatniejszy nawet przekład może zabrzmieć fałszywie.

Owszem, to prawda, że dawniej wierni nie rozumieli często czytań Starego Testamentu. Ale dobrze czuli i rozumieli, że to, co czyta im kapłan, jest święte. Dzisiaj pojmują zapewne lepiej literalne znaczenie fragmentów Pisma. Obawiam się jednak, że trudniej im zrozumieć, że to Pismo jest święte. W tym główna zasługa Miłosza, że o tej świętości - jako tłumacz - nigdy nie zapomina.

Doprawdy, czas byłby o tym rzeczowo porozmawiać. Pamiętając, że zdanie:

Pan da siłę swojemu ludowi,
Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju


- jest bardzo pięknym polskim zdaniem. I świętym zdaniem.

Tekst przedstawiony jako referat na poświęconej Miłoszowi konferencji Instytutu Badań Literackich PAN, szkic mój skorzystał wiele z głosów dyskutantów, zwłaszcza ks. Frankowskiego, dr Okopień-Sławińskiej i doc. Bartoszyńskiego, którym gorąco dziękuję
.

Śmierć pomaga żyć...

Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, o tym, czym jest śmierć dla wierzącego i ateisty i czego może ona nauczyć żywych

Joanna Podgórska: – Lekarz hospicyjny, który od lat towarzyszy umierającym, mówi w wywiadzie dla POLITYKI [s. 15], że śmierci najmniej obawiają się ludzie głęboko wierzący i zdeklarowani ateiści. Dlaczego tak jest?
Prof. Tadeusz Gadacz: – Bardzo trudne i zaskakujące pytanie. W tym pierwszym przypadku wszystko zależy od tego, jak się definiuje człowieka wierzącego i jego wiarę. Wiara to nie jest matematyczna pewność. Gdyby nią była, nie byłaby wiarą. Nie mówilibyśmy, że wierzę w życie pośmiertne czy zmartwychwstanie, ale jestem ich pewien. Do wiary przynależne jest zwątpienie. Dlatego zazdroszczę tym, którzy mają taką wiarę, że są jej absolutnie pewni.

Czy wiara może oswajać lęk przed śmiercią?
Myślę, że tak. Najlepszy dowód potwierdzający tę intuicję to fakt, że wielu ludzi, którzy albo zmagali się z Bogiem za swojego życia, albo uważali się za sceptyków, gdy nadchodzi śmierć, zmienia pogląd. Zbliżają się do wiary, religii. Często też proszą, by w tej ostatniej drodze towarzyszył im ksiądz. Z ateistami może być podobnie. Trochę jak w dowcipie opowiadającym o człowieku, który zapukał do bram niebieskich. Święty Piotr pyta: kto tam, i słyszy odpowiedź: ateista. Zdumiony tą odpowiedzią, idzie do Boga pytać, co ma zrobić, bo taka sytuacja jeszcze się nie zdarzyła. A Bóg na to: powiedz mu, że mnie nie ma.

Mnie się to kojarzy ze stwierdzeniem ateisty: Jeśli Boga nie ma, to dzięki Bogu, ale jeśli Bóg jest, to nie daj Boże.
To powiedzonko z czasów PRL, w których ateizm wydawał się czymś naturalnym, ale język, którym posługiwali się ateiści, był religijny. Bo ten ateizm nie był autentyczny, ale odgórnie narzucony.

Dziś odgórnie narzucony wydaje się język religijny. Gdy umiera osoba publiczna, najczęściej słyszymy utartą formułę, że odszedł pogodzony z Bogiem. Nawet wtedy, kiedy trudno się tego było spodziewać, tak jak w przypadku gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
Nie powinniśmy oceniać takich przypadków. Weźmy Leszka Kołakowskiego, który przez całe życie uważał się za sceptyka i myślał raczej w duchu błazna i ironisty, nagle zbliżył się do chrześcijaństwa. Niedawno ukazał się jego tekst o Jezusie wyśmianym, w którym broni wiary i postaci Jezusa.

W jaki sposób wiara oswaja lęk przed śmiercią?
Życie ludzkie jest jednorazowe, krótkie, ulotne, chwilowe, przygodne. W myśli filozoficznej nazywamy to zdarzeniem. Nie mamy wpływu na to, czy zaistniejemy, bo nikt z nas nie był ani przy swoich narodzinach, ani nie będzie przy własnej śmierci. Nie mamy wpływu na to, w jakim czasie się urodzimy, w jakiej kulturze, języku, rodzinie. Nie mamy wpływu na zdarzenia losowe. Próbujemy więc całą tę zdarzeniowość zracjonalizować. Ludzie różnie sobie z tym radzą. Jedni, na przykład ateiści, powiedzą: przypadek. Przypadek zdarzył, że ktoś zachorował na raka, że przekazano mu takie, a nie inne geny, że akurat w tym czasie przechodził w tym miejscu drogi, którą jechał pijany kierowca, że małżeństwo telewizyjnych reporterów z dwuletnim synkiem mieszkało w tym miejscu kamienicy, w którym ściany były najsłabsze, i tylko oni nie przeżyli. Drudzy powiedzą, że to los albo fatum, przeznaczenie, które było pisane. Jeszcze inni powiedzą: Bóg tak chciał. Przypominam sobie niedawną okładkę „Faktu”, który w związku ze śmiercią Anny Przybylskiej dał tytuł: „Bóg chciał ją mieć u siebie”. To jest okrutna racjonalizacja.

Ale w tym kontekście sytuacja niewierzących jest chyba prostsza, bo łatwiej winić za nieszczęście ślepy przypadek niż dobrego Pana Boga.
Jedna i druga strona ma odmienną trudność. Ateistom jest trudniej ze względu na to, że nie mogą się odwołać do wiary w Boga, zmartwychwstanie, nieśmiertelność. Ludzie religijni odwołując się do wiary w życie pozagrobowe, mogą mieć nadzieję na spotkanie bliskich. Ale ateistom jest o tyle łatwiej, że w sytuacji drastycznego, niezawinionego cierpienia czy przedwczesnej śmierci nie muszą pytać: gdzie był wtedy Bóg? Nie muszą próbować Boga usprawiedliwić.

To jest pana osobiste doświadczenie, prawda? Urodziły się panu dzieci obciążone wadą genetyczną i synek zmarł w dniu urodzenia, a córeczka po pół roku cierpień. Powiedział pan potem: wcześniej to ja wierzyłem w Boga, teraz niech Bóg uwierzy we mnie, niech się o mnie postara, żebym mógł żyć, a nie wegetować. Pan się odwrócił od Boga pod wpływem cierpienia?
Nie. To był moment, gdy człowiek natrafia na granicę niezrozumiałości, ale nie chce zbyt łatwo uciekać w formułę racjonalizacji tego, co się stało. Nie mogłem tego wytłumaczyć fatum ani przypadkiem, bo uważam się za człowieka wierzącego. Z drugiej strony nie mogłem też użyć formuły jak z „Faktu”. Nigdy bym nie powiedział, że Bóg chciał mieć moje dzieci u siebie. Albo że za cenę tak ogromnego cierpienia chciał mi coś powiedzieć. Znamy historię Hioba, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, religioznawca. Dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, wykładowca w warszawskim Collegium Civitas. Autor m.in. „O umiejętności życia”, „O ulotności życia” i „Filozofii XX wieku”.

W podziemiach mądrości

Gdyby dzisiaj Kant został zatrudniony na Uniwersytecie Królewieckim, dyrektor jego instytutu musiałby przeprowadzić analizę ryzyka związanego z niepowstaniem „Krytyki czystego rozumu”. I kosztów z tym związanych. Z Tadeuszem Gadaczem rozmawiają Anna Goc i Marcin Żyła

Zobacz także:

 

ANNA GOC, MARCIN ŻYŁA: Pan jest mądry? 

TADEUSZ GADACZ: Myślę, że nikt, kto wie, czym jest mądrość, nie powie tak o sobie. Inaczej zostałby uznany za głupca. Platon pisał, że filozofa od bogów różni to, że nie posiada pełnej wiedzy. A od głupców – że jest tego świadom.

I nikt nie może się przyznać do mądrości?

Nikt. Choć wciąż jest wielu ludzi mądrych. Największym zagrożeniem naszych czasów jest jednak to, że mądrość zniknęła.

Mówił Pan o tym podczas zorganizowanej w kwietniu w Krakowie debaty o sumieniu. Potem przez miesiąc oglądaliśmy wiadomości telewizyjne, przeglądaliśmy gazety, podsłuchiwaliśmy rozmowy w tramwajach. Słowa „mądrość” nie usłyszeliśmy ani razu. 

O mądrości nie rozmawiamy, jakby przestała być ważna, co więcej: jakby jej nigdy nie było. Mówimy, że żyjemy w cywilizacji wiedzy. Że student powinien osiągnąć wiedzę, kompetencje i umiejętności społeczne. A nie mądrość. A przecież na całą kulturę europejską spoglądamy przez pryzmat dążenia do mądrości.

Ona jest stopniowalna?

Do największej zbliżamy się pod koniec życia. Dlatego lubię późne, niedokończone dzieła filozofów. To niedokończenie nie zawsze wynika z faktu, że zabrakło im czasu. Im dłużej żyjemy, tym większą odczuwamy dysproporcję między tym, co wiemy, a tym, co dopiero zaczynamy dostrzegać. Gdybym mógł nanieść jedną poprawkę do „Szkoły ateńskiej” Rafaela, w której Arystoteles wskazuje ręką na świat, a Platon do góry, to zamknąłbym temu drugiemu oczy, powieki bym przymknął.

To smutne. 

To realistyczne. Najgenialniej pokazał to Pascal, nazywając człowieka chlubą i zakałą wszechświata jednocześnie. Cała mądrość polega na tym, żeby nie próbować wywikływać się ze sprzeczności świata, bo to kończy się tragicznie. Podpowiedzi, jak postępować, wymagajmy od doświadczenia.

To dlatego patrząc wstecz, żałujemy nieraz decyzji?

Tak. Bo mądrość to suma wiedzy i doświadczenia, na które składa się przede wszystkim doświadczenie etyczne. Pascal powiedziałby, że to wiedza plus dobro. Cały problem człowieka polega na tym, że nie jest w stanie się uspokoić, dopóki nie osiągnie pewności. Bada strukturę atomu i jest ciekaw, co jest głębiej. Dochodzi do cząstek elementarnych – i wciąż szuka, jest niezaspokojony.

I zawsze jest tak, że nie wiadomo? A Pan, kiedy patrzy wstecz, to czego żałuje?

Mam np. wątpliwości – podobne do tych, które miewał ks. prof. Tischner: na które z kolei pukanie do drzwi mojego gabinetu powinienem już nie otworzyć? Nie dlatego, że nie chcę pomóc, tylko dlatego, że pojawia się alternatywa: pisać swoją książkę, czy czytać pracę studenta? Pisać recenzję, czy zadbać o własną działalność naukową? Nigdzie nie ma odpowiedzi, gdzie ta granica jest. Czasami żałuję, że otworzyłem drzwi, czasami – że nie.
 

Do drzwi domu też nieraz rozlega się pukanie. Otwierać, nie otwierać? Jeśli źle wybierzemy, możemy długo żałować. 

Tak, to są wybory partnerów życiowych, słynny dramat Kierkegaarda, który, bez wyraźnej przyczyny, zerwał zaręczyny. Jankélévitch, polemizując potem z Kierkegaardem, stwierdził, że gdyby ten się ożenił, byłaby to wielka ulga dla całego świata.

W książkach łączy Pan mądrość rozumianą jako wiedzę z jej wykorzystaniem jako narzędzia. Pisze Pan o umiejętności życia. To się da pogodzić?

Filozofia nigdy nie stworzy takiej instrukcji obsługi życia jak instrukcja do pralki. Bylibyśmy bogami, gdybyśmy mogli opublikować taką instrukcję. Ale człowiek jest w stanie wskazać pewne uniwersalne reguły, które bardzo pomagają żyć.

Na przykład?

Już Kartezjusz twierdził, że warto trzymać się środka, bo to później łatwiej pozwala wprowadzić poprawki kursu. Lepiej iść środkiem drogi, nawet zygzakiem, niż od rowu do rowu. Z kolei reguła, że żyjemy tylko raz, pozwala nam uświadomić sobie przemijanie. Że czas się dzieje tu i teraz, a nie wtedy, kiedy wspominamy lub marzymy. Tak naprawdę tracimy czas, bo we wspomnieniach się przechowujemy, a w marzeniach wybiegamy w przyszłość.

Te reguły brzmią banalnie.

Ale to naprawdę znakomite zasady. Jeżeli człowiek rozumie, co one znaczą, może wtedy zacząć inaczej żyć.

„Umiejętność podejmowania uzasadnionych decyzji, które w dłuższej perspektywie przynoszą pozytywne rezultaty” – to definicja mądrości z Wikipedii. Jak Pan ją ocenia?

Można ją wpisać np. w definicję Kanta, który powiada, że mądrość jest wyborem odpowiednich środków do osiągania swojego najwyższego dobra. To bardzo bliskie, tylko bardziej potoczne rozumienie. Chodzi o świadome traktowanie swojego życia jako jednorazowego. I takie jego kształtowanie, które pozwoli nam optymalnie i mądrze je przeżyć.

Mądrość jest zatem czymś, co odróżnia ludzi?

Tak, jako przykład przywołam rozmowę ze studentem sprzed roku. Gdy podczas egzaminu nie potrafił odpowiedzieć na moje któreś z rzędu pytanie, z żalem i pretensją powiedział: dlaczego pan właściwie wymaga ode mnie tej wiedzy, przecież ja ją mam w twardej pamięci komputera! Jednak, kiedy mówimy o mądrości, musi to być wiedza uwewnętrzniona.
 

Do drzwi domu też nieraz rozlega się pukanie. Otwierać, nie otwierać? Jeśli źle wybierzemy, możemy długo żałować. 

Tak, to są wybory partnerów życiowych, słynny dramat Kierkegaarda, który, bez wyraźnej przyczyny, zerwał zaręczyny. Jankélévitch, polemizując potem z Kierkegaardem, stwierdził, że gdyby ten się ożenił, byłaby to wielka ulga dla całego świata.

W książkach łączy Pan mądrość rozumianą jako wiedzę z jej wykorzystaniem jako narzędzia. Pisze Pan o umiejętności życia. To się da pogodzić?

Filozofia nigdy nie stworzy takiej instrukcji obsługi życia jak instrukcja do pralki. Bylibyśmy bogami, gdybyśmy mogli opublikować taką instrukcję. Ale człowiek jest w stanie wskazać pewne uniwersalne reguły, które bardzo pomagają żyć.

Na przykład?

Już Kartezjusz twierdził, że warto trzymać się środka, bo to później łatwiej pozwala wprowadzić poprawki kursu. Lepiej iść środkiem drogi, nawet zygzakiem, niż od rowu do rowu. Z kolei reguła, że żyjemy tylko raz, pozwala nam uświadomić sobie przemijanie. Że czas się dzieje tu i teraz, a nie wtedy, kiedy wspominamy lub marzymy. Tak naprawdę tracimy czas, bo we wspomnieniach się przechowujemy, a w marzeniach wybiegamy w przyszłość.

Te reguły brzmią banalnie.

Ale to naprawdę znakomite zasady. Jeżeli człowiek rozumie, co one znaczą, może wtedy zacząć inaczej żyć.

„Umiejętność podejmowania uzasadnionych decyzji, które w dłuższej perspektywie przynoszą pozytywne rezultaty” – to definicja mądrości z Wikipedii. Jak Pan ją ocenia?

Można ją wpisać np. w definicję Kanta, który powiada, że mądrość jest wyborem odpowiednich środków do osiągania swojego najwyższego dobra. To bardzo bliskie, tylko bardziej potoczne rozumienie. Chodzi o świadome traktowanie swojego życia jako jednorazowego. I takie jego kształtowanie, które pozwoli nam optymalnie i mądrze je przeżyć.

Mądrość jest zatem czymś, co odróżnia ludzi?

Tak, jako przykład przywołam rozmowę ze studentem sprzed roku. Gdy podczas egzaminu nie potrafił odpowiedzieć na moje któreś z rzędu pytanie, z żalem i pretensją powiedział: dlaczego pan właściwie wymaga ode mnie tej wiedzy, przecież ja ją mam w twardej pamięci komputera! Jednak, kiedy mówimy o mądrości, musi to być wiedza uwewnętrzniona.
 

Jak zareagował student, zawstydził się swojej niewiedzy? 

Sądzę, że był, jakby powiedział Nietzsche, poza dobrem i złem. W stanie poza wiedzą i niewiedzą. Studenci nie wstydzą się swojej niewiedzy, niemądrych odpowiedzi. Dziś panuje ideologia utylitaryzmu rynkowego. Uniwersytet traktuje się jako pasaż, przez który się tylko przebiega. To już nie jest świątynia, w której myśmy się zatrzymywali.

Sytuację dobrze oddaje dowcip krążący po Polsce o tym, jak zmienia się poziom wykształcenia matematycznego. W 1950 r. absolwenci podstawówki rozwiązują zadania w rodzaju: drwal zrąbał sto drzew, cztery piąte sprzedał; ile mu zostało? W roku 1970 pojawia się nowa wersja zadania: drwal zrąbał sto drzew, cztery piąte – czyli osiemdziesiąt – sprzedał; ile mu zostało? Dziesięć lat później pytanie brzmi: drwal zrąbał sto drzew, cztery piąte – czyli osiemdziesiąt – sprzedał, zostało mu dwadzieścia; wskaż dwadzieścia. Po 2000 r. są już tylko zadania: drwal zrąbał sto drzew; pomaluj drwala.

Mądry ma więcej czy mniej dylematów?

Być może więcej. Mądrość nas nie uspokaja, nie daje ostatecznej pewności. Mądry to ten, który widzi więcej. Dostrzega sprawy, zdarzenia, ludzi, których inni nie widzą i nie mają z nimi związanych dylematów.

A świat zmienia się dzięki mądrości, czy to raczej mądrość próbuje nadążyć za światem?

Rozwój cywilizacyjny nie generuje rozwoju etycznego. Popatrzmy na relację między narzędziami technicznymi – a także wiedzą rozumianą jako pewne wyposażenie techniczne – a ideą odpowiedzialności. Narzędzia są z każdym dniem lepsze. Mądrość, dojrzałość moralna i estetyczna czy odpowiedzialność powinny za nimi nadążać, a nawet je wyprzedzać. Tak nie jest. Mam wręcz wrażenie, że wynalazki techniczne nas z tego zwalniają.

Przecież człowiek sublimował swoje braki fizyczne od zawsze. Wytwarzaliśmy narzędzia, temu służył intelekt. Skoro dostęp do wiedzy na tablecie zajmuje nam mniej więcej tyle, ile przypomnienie sobie czegoś z pamięci... Efekt jest ten sam.

Nie, nie jest ten sam. Wiedza zinternalizowana, uwewnętrzniona, jest moją wiedzą. Myślenie spekulatywne, racjonalne jest tylko fragmentem naszego myślenia. My myślimy całym naszym życiem i doświadczeniem życiowym, którego nie ma maszyna.
 

Czyli maszyny kontra mądrość? 

Nie chciałbym być zrozumiany, że jestem przeciwko rozwojowi cywilizacyjnemu. Po to właśnie mamy rozum, żeby ułatwiać sobie życie. Tylko nie można zapominać, że jesteśmy ludźmi.

Opisując doświadczenie człowieka, Kant odpowiadał na cztery pytania. Co mogę wiedzieć? Na to pytanie odpowiedź przynosi nauka i technika. Co powinienem czynić? Tu odpowiada etyka. Czego mogę się spodziewać albo w czym pokładać nadzieję? Wiedza religijna. I wreszcie: kim jest człowiek? Kant powiada: trzy pierwsze pytania sprowadzają się do ostatniego.

Żeby wiedzieć, jaki jest sens wiedzy i rozwoju technicznego, cały czas musimy go odnosić do pytania o człowieka. Teraz takich pytań nikt nie stawia. Mamy do wyboru dwie drogi: albo będziemy inwestowali w mądrość, albo będziemy musieli więcej wydawać na bezpieczeństwo.

Świat policyjny jest alternatywą wobec świata mądrości?

Absolutnie tak. I to jest decyzja, która staje przed wieloma rządami, politykami: w jakim kierunku iść. Czy kształcić samodzielnych, odpowiedzialnych obywateli; mądrych, zdolnych do podejmowania mądrych decyzji; czy też zwalniać ich z mądrości.

Pan się boi?

Boję się. Pozostała tylko poezja. Nie wiem, dlaczego przetrwała. To, co mnie ratuje, co ocala moje myślenie, to poezja.

Świat przestał być dla mędrców? 

Mędrcem można być tylko na własny użytek, ewentualnie na użytek tych, którzy jeszcze niszowo szukają jakiejś odpowiedzi, pytają. To nie są łatwe czasy. Dlatego często wyciągam wtyczki z wszelkich gniazdek i zamykam się w świecie mądrości filozoficznej, patrzę na sarny i kuropatwy, które podchodzą na łące pod mój dom. Ja się tego obawiam, że niedługo być może w ogóle ludzie czytający wielkie dzieła literatury światowej czy filozofii będą przypominali zamkniętych w celach średniowiecznych mnichów. Będą na marginesie życia społecznego, będą się komunikowali głównie między sobą. W podziemiach mądrości.

I nie ma alternatywy? 

Są pojedynczy ludzie, dla których ciągle jeszcze warto pracować i myśleć. Widzę też inne zjawisko. W Warszawie prowadzę razem z kolegami studia podyplomowe z filozofii XX w., na które przyjeżdżają różne osoby: lekarze, dziennikarze, pisarze i biznesmeni; ordynatorzy klinik i prezesi spółek giełdowych. Mówią, że osiągnęli jakiś pułap życia zawodowego i doszli do ściany. Teraz szukają inspiracji. Szukają filozofii.
 

Może przesunęła się granica dojrzałości do tych pytań? 

Mam wrażenie, że nasi maturzyści nie są dziś psychologicznie dojrzali do tego, żeby studiować filozofię. Ten wiek przesunął się o jakieś dwadzieścia lat i dziś mówimy o ludziach po trzydziestce, czterdziestce. Dopiero oni wracają do pytań najważniejszych.

To ma oczywiście przełożenie na sytuację ogólną. Polska to już nie Francja, gdzie telewizja przedłużyła o kilkanaście minut debatę o politycznym zaangażowaniu Sartre’a, bo była tak gorąca. U nas takie rzeczy są możliwe tylko z meczami piłki nożnej. Ale Francja ma długą tradycję wspierania kultury wysokiej i nauki. Filozofii uczy się w liceach, działają opiniotwórcze wydawnictwa i ambitne pisma, dba się o język francuski. Tymczasem, gdyby wszyscy humaniści w Polsce dostosowali się do wymogów stawianych im przez ministerstwo nauki, to jednego dnia przestałaby istnieć kultura narodowa.

To gdzie dzisiaj jest mądrość? 

Trudno powiedzieć. Cały „mądrościowy” nurt filozofii przestał istnieć. Na naszych oczach znikają pojęcia. Ostatnim traktatem, jaki znam o szczęściu, jest dzieło Tatarkiewicza, napisane dziesiątki lat temu. Obecnie, zamiast o szczęściu, mówimy o sukcesie. A to nie to samo.

Mędrców zastąpili eksperci?

W pewnym sensie. Są już nawet eksperci od sukcesów życiowych. Nie ma wielkich dzieł, brakuje diagnoz, jakie w pierwszej połowie XX w. dostarczali Gadamer czy Husserl, kiedy pisali o kryzysie nauk i człowieczeństwa europejskiego. W ubiegłym stuleciu, w samej tylko Europie kontynentalnej, żyło ze stu dwudziestu klasyków filozofii. Dziś z żywych pozostał już tylko Habermas. Takie znane nazwiska, jak Agamben czy Žižek, to tylko chwilowo modne zjawiska medialne. Pewnie mądrość tkwi jeszcze w zwykłych ludziach, którzy – każdy po swojemu – jakoś tam sobie radzą. Ale nawet bliscy nie pytają już bliskich, czy są szczęśliwi. Tylko o to, czy odnieśli sukces. Pytają: jak leci?

Jakie jeszcze pojęcia znikają ze świata?

Nie ma już „ducha”, brakuje „mądrości” i „szczęścia”. A także „kontemplacji”, rozumianej jako bezinteresowny zachwyt. Pisząc wnioski o granty naukowe z humanistyki, musimy tłumaczyć, jakie patenty – a przynajmniej jakie korzyści społeczne – one przyniosą. A przecież celem humanistyki było kształtowanie duszy. Gdybym dziś napisał do Narodowego Centrum Nauki, że moje badania nie dadzą skutków praktycznych, ale spodziewam się wpaść w zachwyt – albo że nawet w zachwyt wpadnie jeszcze parę innych osób – uznano by, że sobie żartuję.
 

To co dzisiaj pisze filozof, gdy chce dostać pieniądze?

Dostosowuje się do wymogów. Bierze się za granty dotyczące kwestii społecznych – tolerancji, otwarcia na innych – albo takich, które budują „porozumienie społeczne”. Coraz trudniej dostać pieniądze na badania teoretyczne. Dziś zapewne nikt nie sfinansowałby Euklidesowi i Arystotelesowi prac nad „Geometrią” i „Metafizyką”. Gdyby dzisiaj Kant został zatrudniony na Uniwersytecie Królewieckim, dyrektor jego instytutu musiałby przeprowadzić analizę ryzyka związanego z niepowstaniem „Krytyki czystego rozumu”. I kosztów z tym związanych. Przecież to jest sytuacja zupełnie absurdalna. Być może on by tego nigdy nie napisał.

Można walczyć z tym kierunkiem, czy trzeba obrać kurs pod prąd?

To jest właśnie pytanie! Zastanawiam się, czy rzeczywiście jesteśmy skazani na to, że uniwersytety przestały być świątynią, a stały się częścią przedsiębiorczości światowej – z jej ekonomizacją, zarządzaniem ryzykiem itd. Bo co innego, jeśli nie śmiech, może wywołać określenie „zarządzanie kulturą”. Pytanie jest takie, czy to nie jest jakieś szaleństwo, że wszystkie przejawy ludzkiej działalności, także kulturowej, próbuje się podporządkować instytucjonalizacji gospodarczej czy przemysłowej. Rozumiem zarządzanie instytucjami. Ale kulturą? Posadźmy malarza w pracowni i zarządzajmy nim, niech maluje. Tylko co, obrazki do Cepelii, które będą taśmowo sprzedawane, żeby był produktywny?

Wygląda na to, że ludzkość czeka strategiczna decyzja.

Ale niezmiernie ważna. Zakończę anegdotą. Kiedyś ks. Tischner, gdy pisał „Filozofię dramatu”, to przechadzał się koło swojej bacówki w Gorcach. A jego przyjaciel Wawrzek grabił wtedy siano. I pyta się go: co robicie? A on mówi: myślę. To znaczy psujecie powietrze? Bo przecież myślenie jest nieużyteczne, trzeba przynajmniej siano grabić, jeśli już nie być bardziej użytecznym.

Nie zapytaliśmy jeszcze Pana o definicję mądrości...

Ale jest ich bardzo dużo.

Panu najbliższa?

Wiedza plus dobro. Dlatego że dobro potrzebuje wiedzy, a wiedza – dobra. Być może wkrótce będziemy mogli pójść do genetyka i zaprojektować kolor oczu swoich dzieci, a nawet ich charakter. Wiedza nam to zapewni – pytanie tylko, czy warto?

A tak poza wywiadem: jakich słów używać zamiast „mądrość”? 

Żadnych. „Mądrość” nie ma synonimów. Nie ma. Ja nie znam.


--------------------------------------------------

Tygodnik Powszechny 26/27 maja 2013


TADEUSZ GADACZ Ur. w 1955 r., jest profesorem filozofii, dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, b. przewodniczącym Komitetu Nauk Filozoficznych i b. zastępcą dyrektora Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Wykłada także w Collegium Civitas w Warszawie.

Autor książek "O umiejętności życia", "O ulotności życia" i "O zmienności życia".

Opublikował także dwa pierwsze tomy „Historii filozofii XX wieku”.

 

Tadeusz Gadacz BEZ MĄDROŚCI ZGINIEMY


W poniedziałek ok. 400 tys. dzieci pierwszy raz pójdzie do szkoły. Będą miały nowe tornistry i elementarze, ale słusznie pan pyta, czego im zabraknie. Kiedy patrzę na absolwentów szkół średnich i uniwersytetów, to myślę, że mądrości. W procesie kształcenia to pojęcie znika, być może już nawet znikło, zostało zastąpione cywilizacją wiedzy.

Jaka jest różnica? Trudno jednoznacznie zdefiniować mądrość, np. Seneka powiada, że to rozum doprowadzony do doskonałości, Cyceron - że znajomość praw boskich i ludzkich, a Gottfried Leibniz, niemiecki filozof - że wiedza, która uczy osiągać szczęście.

Dziś mądrość redukujemy do wiedzy pragmatyczno-technicznej. Max Hork-heimer, niemiecki filozof i socjolog, o współczesnym rozumie mówił: "instrumentalny", taki, który podpowiada nam, jak naprawić samochód i jaką pralkę kupić, ale nie mówi, jakie życie ma sens. Kim powinienem być jako człowiek. Jak się powinienem zachować, widząc czyjeś cierpienie.

Kiedy mądrość została wyparta przez pragmatyczną wiedzę? Mniej więcej w renesansie. Przywołałbym Francisa Bacona, angielskiego filozofa, który wypowiada słynną sentencję: tyle możemy, ile wiemy. Co oznacza, że kto ma wiedzę, ten ma moc. W renesansie odkryto proch strzelniczy, co w połączeniu z rozwojem umiejętności żeglarskich zaowocowało nie tylko odkryciem, ale również podbiciem nowych lądów, np. obu Ameryk.

Od tego momentu wiedza traci niezależność i zaczyna być redukowana do wymiaru praktycznego. Mądrość znika tym szybciej, im szybciej rozwija się technika. Stąd w europejskim szkolnictwie dominuje pojęcie użyteczności podporządkowanej głównie rynkowi pracy. Wszystko, co wydaje się nieużyteczne, uważane jest za zbędne, także mądrość.

Słusznie jednak Horkheimer twierdził, że nie można zredukować kształcenia do przygotowywania ludzi na rynek pracy. Wykształcenie bowiem sprawnego prawnika bez uwrażliwienia go na humanitaryzm jest końcem sprawiedliwości.

Tak, kiedyś edukacja polegała na kształceniu całego człowieka. Studia miały wyposażyć go w idee, które będą mu potrzebne do życia. A zatem także w sferze etyki i moralności, pytań o sens i cel życia.

Dzisiaj przyszłym absolwentom mówi się, że kiedy zaczną studiować już powinni posiadać praktyczne umiejętności, mieć za sobą wolontariat i pierwszą pracę. Studenci nie są zainteresowani studiowaniem, ale budowaniem sobie CV. W efekcie mamy do czynienia z egzystencją nieautentyczną (pojęcie zaczerpnięte z Martina Heideggera, niemieckiego filozofa), w której się myśli, ale tak naprawdę nikt nie myśli. Nikt nie ma odwagi robić tego na własny rachunek. Zwalniamy się z myślenia krytycznego, jesteśmy jednowymiarowi, słuchamy reklam i im wierzymy, powielamy stereotypy. A myślenie krytyczne wypływa właśnie z mądrości, bardzo łatwo przyjmujemy to, co się nam mówi. Pomaga nam zadecydować, jak powinniśmy się zachowywać w różnych sytuacjach.

Tutaj sięgnę do własnej próby określenia tego, czym jest mądrość: to umiejętność znalezienia równowagi między sprzecznościami, z których składa się ludzkie życie. Przykład: człowiek ma potrzeby materialne oraz duchowe, potrzebuje realizować jedne i drugie, ale jak je ze sobą pogodzić? Jak ze sobą pogodzić potrzebę działania i refleksji, samotności i wspólnoty? Gdzie jest równowaga między odwagą a tchórzostwem? Tego nie da się raz na zawsze określić, trzeba być mądrym człowiekiem, żeby umieć to robić.

To jest pewna umiejętność, którą się zyskuje dzięki kompletnemu wykształceniu, dlatego kultura i humanistyka są tak ważne. Jednak życie jest zbyt krótkie, żeby w jego trakcie nabyć doświadczenia, które pozwala nam być ludźmi mądrymi. W związku z tym powinniśmy mieć możliwość przeżyć je wielokrotnie.

Jak to zrobić? Tylko poprzez kulturę, literaturę i sztukę. Poprzez to, że przeczytamy tragedie Sofoklesa, obejrzymy dzieła Michała Anioła, wysłuchamy "Stabat Mater" Giovanniego Pergolesiego. W ten sposób nabywamy pewnych umiejętności, doświadczeń i wrażliwości, czyli mądrości. Dlatego jest głęboki sens w tym, żeby wysyłać dzieci do teatrów, muzeów i opery. Bez tego przemienią się w sprawne maszyny, które będą przyciskały kciukiem rozmaite urządzenia, ale będą coraz bardziej bezradne życiowo.

To prawda, ludzie twierdzą, że nie muszą tego wszystkiego wiedzieć, bo mogą sprawdzić to wszystko w Wikipedii. Na pewno? Niedawno egzaminowałem studenta z historii filozofii nowożytnej. Kiedy nie był w stanie mi odpowiedzieć na trzecie pytanie z rzędu, z pretensją w głosie zapytał: "Dlaczego wymaga pan ode mnie tej wiedzy? Przecież mam ją w twardej pamięci komputera!". Odpowiedziałem mu: "Różnica między panem a mną polega na tym, że jak odłączą prąd w tym mieście, to pana wykształcenie się skończy, a moje zostanie".

Cywilizacja wiedzy, która zwalnia nas z myślenia, niesie ze sobą ogromne zagrożenie. Nie rozumiemy tego, co się dzieje ze światem, życiem i nami samymi. Co z tego, że w każdej chwili możemy sięgnąć do Wikipedii, skoro nie zrozumiemy tego, co przeczytamy? Nie będziemy potrafili tego zanalizować, połączyć faktów i wyciągnąć wniosków? Etyczna odpowiedzialność i mądrość powinny wyprzedzać rozwój techniki. Po co? Ano po to, żebyśmy np. wiedzieli, co zrobić, kiedy genetyka pozwoli nam na eugenikę, bo niedługo to będzie możliwe, o ile już nie jest.

Tak, być może jest tak jak pan mówi, człowiek cywilizacji wiedzy to kolos na glinianych nogach, które uginają się pod nim z każdym kolejnym wynalazkiem, którego nie potrafi połączyć z doświadczeniem sensu życia.

Wysłuchał Łukasz Długowski - Gazeta Wyborcza 30 sierpnia 2014
Zob.  W podziemiach madrości

 

 

 

pogadanka u Andrzeja - październik 2014

 

Michael Sandel - 3 książki

ten tekst to w większości wybrane wpisy na moim blogu

 

M.S. jest niezwykle popularnym filozofem. Na jego wykłady przychodzą tysiące słuchaczy.

Bierze się to stąd, że w sposób przejrzysty porusza aktualne i ważne tematy a wnioski zawsze poprzedza wieloma przykładami

 

I- "Czego nie można kupić za pieniądze?"

 

KOMERCJA w USA

 

1- Na plaży rozdawano za darmo klapki, które pod spodem miały wyciętą reklamę jakiejś firmy. Po kilku dniach cała plaża została pokryta odciśniętym w piasku logo.

 

2- Firmy przekazują szkołom oznakowane przez siebie pomoce do nauki. Wykupują też prawa do nazywania szkół, sal gimnastycznych czy teatralnych. Nawet na świadectwach widnieją reklamy sponsorów.

 

3- Agenci namawiają starych, bogatych ludzi by wykupili ubezpieczenie na życie i następnie je odsprzedali. W ten sposób popularny showman CNN Larry King zarobił 1,5 mln dolarów. Spółka, która je nabyła będzie płacić za niego składki albo sprzeda komuś innemu. Zysk zależy tu od szybkiej śmierci ubezpieczonego.

 

Płacą za

-sterylizację

-za czytanie książek

-za odchudzanie

-za branie leków

-za urodzenie dziecka (surogatki) - Pl. jak państwo ma pomagać usuwając bariery (żlobki, mieszkania) czy płacić za urodzenie (przez 6 lat zapomoga)?

 

KOMERCJALIZM, RYNEK na pewne dobra działa korzystnie na inne destrukcyjnie.

NP.:

-możliwość sprzedawania ŹLE DEFINIUJE WARTOŚĆ

-motywy MATERIALNE WYPIERAJĄ wyższe wartości

-największe znaczenie ma tu ZAMOŻNOŚĆ a nie osiągnięcia

-podważa ideę i doświadczenie DARU

-niszczy istotę WSPÓLNOTY

-z przestrzeni publicznej, która ma jednoczyć ludzi we wspólnotę,

czyni przestrzeń handlową, zmienia ją w BAZAR.

 

Adam Smith pisał o niewidzialnej ręce rynku. Ma ona  samoczynnie regulować transakcje finansowe między ludźmi. Dzisiaj jest to raczej nachalna łapa. Wpycha się wszędzie i manipuluje nami na wszelkie sposoby. Niszczy miejsca, które zamiast jednoczyć ludzi zmieniają się w bazary a my w przypadkową klientelę.

WIĘCEJ: Michael Sandel, Czego nie można kupić za pieniądze?

 

--------------------------------------------------------------------

II- "Przeciwko udoskonalaniu człowieka"

 

RAWLS - Społeczeństwo sprawiedliwe stara się niwelować losowy charakter miejsca urodzenia.

 

Obecnie jest też możliwe wykluczenie dzieci niepełnosprawnych jeszcze przed ich przyjściem na świat. Rodzice otrzymali władzę nad swoim potomstwem nawet przed jego poczęciem.

 

Jakie są konsekwencje takiej kontroli?

 

1- Zamiast tajemniczego daru jakim jest dziecko, staje się ono produktem, który można lepiej lub gorzej zaprojektować. Jego jakość zależy od stanu wiedzy, objętości portfela a czasem i widzimisię każdego kto tego zapragnie. A jeśli mimo tych starań coś się nie uda,całkowita odpowiedzialność spadnie tylko na autorów. Sami sobie będą winni.

 

2- Dotychczas dzieci się nie wybierało, dlatego miłość rodziców mogła być bezwarunkowa.

 

3- Przyjmując każde dziecko, ludzie otwierają się na nieproszone a to uczy solidarności ponieważ świadomość jak wiele zależy od przypadku powoduje, że zrzeszamy się we wspólnoty.

 

4- Dzieci zaprojektowane genetycznie nie będą mogły siebie samych uważać za "wyłącznych autorów własnej biografii" (Habermas). A jesteśmy wolni, ponieważ nie rozporządzamy swoim początkiem.  

 

WIĘCEJ: Michael J. Sandel, Przeciwko udoskonalaniu człowieka. Etyka w czasach inżynierii genetycznej 2014

-------------------------------------

III- "Co jest sprawiedliwe?" 

 

1- To, co nas uszczęśliwia - utylitaryzm Bentham, użyteczność, przyjemność.

2- Sami decydujemy i wybieramy, co jest dla nas dobre.

3- Dobro, dzięki któremu człowiek i jego życie stają się lepsze.

 

Wokół tych odpowiedzi gromadzą się ludzie. Na ich podstawie tworzą prawo i toczą spory.

 

Trzecia odpowiedź nie wyklucza drugiej a tym bardziej pierwszej. Różni się jednak od nich tym, że najpierw jest dobro a dopiero potem człowiek i sprawiedliwość.

 

Niestety, towarzyszy jej pamięć o zbrodniach i prześladowaniach gdy przez stulecia jedni drugim narzucali swoje przekonania. Dlatego szukano nowych dróg (1)(2), aby zapobiec wszelkiemu przymusowi.

 

Same one jednak nie wystarczają. Pragniemy żyć dzielnie i widzieć sens w tym, co robimy (3) a nie tylko uganiać się za przyjemnościami (1), czy robić co się komu podoba (2). Ale po wiekach doświadczeń trudno dziś skutecznie czynić dobro (3) z pominięciem wolności (2) i szczęścia (1).

 

Przykład na 1+2+3 ?

„Róbta co chceta” (2) jeśli to, co robicie niesie radość(1) i pomaga ludziom w potrzebie (3).

INACZEJ

Kochaj i rób, co chcesz - św. Augustyn

--------------------------------------------

PRZYPISY

 

Jakie są pierwsze i podstawowe zasady społeczeństwa dobrze urządzonego?

 

W praktyce mamy do czynienia z już istniejącym porządkiem, ale jeśli chcemy go ocenić albo zaproponować zmiany to potrzebny jest jakiś punkt wyjścia.

 

Jednym z nich jest tzw. zasłona niewiedzy.

 

Wyobraź sobie,

że nie wiesz kim będziesz w przyszłości.

Nie wiesz, czy przyjdziesz na świat w rodzinie, która zapewni ci dobry start.

Nie wiesz, czy przypadną ci jakieś specjalne zdolności, czy przeciwnie, urodzisz się jako zaniedbane dziecko w rodzinie alkoholików.

 

Jakie podstawowe reguły społeczne uznałbyś wtedy za najlepsze?

 

1- Wszystkim bez wyjątku powinny przysługiwać podstawowe prawa człowieka.

 

2- Należy wprowadzić takie nierówności, z których skorzystają najsłabsi i najmniej uprzywilejowani

a więc na przykład bezpłatną edukację na odpowiednim poziomie, leczenie, zapomogi, dostęp do kultury, czyli realne możliwości równych szans rozwoju.

 

Te reguły pozwalają zniwelować skutki losowego charakteru naszego miejsca urodzenia, czyli naturalnej nierówności tkwiącej u samych początków.

Na tych dwóch zasadach opiera się społeczeństwo sprawiedliwe.

WIĘCEJ: John Rawls, Liberalizm polityczny 2012

jest rzeczą niemożliwą mędrkowaniem usunąć wolność - I. Kant.

 

Mógłby dodać, że nie może tego dokonać także najbardziej zaawansowana neurologia kognitywna. A to dlatego, że wolność i moralność nie są pojęciami empirycznymi.

M. J. Sandel, Sprawiedliwość. Jak postępować słusznie? 2013

 

--------------------------------------------------

Prawy prawi o sprawiedliwości.

 

Te trzy wyrazy pochodzą od jednego prasłowiańskiego słowa prawъ, które znaczyło prosty. Ono z kolei wywodzi się ze staroindyjskiego prastha, czyli górska równina.

 

Gdy wędrując po górach, weszliśmy na polanę, można było odpocząć, posilić się i spojrzeć na przebytą drogę. Różniliśmy się bardzo, ale równina była dla wszystkich ta sama. Podobnie jak i piękno gór.

 

Tak u podstaw znaczenia sprawiedliwości znajdujemyrówność.

Nie między sobą, lecz wobec czegoś, co jest jak górska polana lub piękno gór.

 

-------------------------------------------------

Jeremy Bentham twórca utylitaryzmu podał sposób na obliczanie wartości.

 

Jeśli najbardziej ze wszystkiego pragniemy przyjemności, to wartość przedmiotów i naszych czynów zależy od ilości ludzi, których one uszczęśliwiają.

 

Pod koniec życia w roku 1832 Bentham kierując się zasadą użyteczności zapisał w testamencie swoje ciało badaczom anatomii i kazał je zakonserwować tak, by mogło uczestniczyć w zebraniach uczniów i wielbicieli.

 

Raz w roku wyjęte z gabloty siedziało ono przy stole obrad a w sprawozdaniach zapisywano: obecny bez prawa głosu.

 

Ponieważ filozofa źle zabalsamowano, głowa najpierw leżała na tacy u jego stóp a później, już na właściwym miejscu, zastąpiono ją woskową.    

 

-------------------------------

Czy wartość jakiejś rzeczy można obliczyć matematycznie? 

Nie chodzi tu o cenę podaną w złotówkach tylko o wzór, który nam powie ile coś jest warte.

 

Charles H. Bennet sławny matematyk i fizyk uważa, że skoro coraz to więcej rzeczy potrafimy przenieść w zero-jedynkowy świat komputerów, to możemy ten proces wykorzystać do oceny przedmiotów.

 

Bardziej wartościowe byłyby te obiekty, których algorytm zawiera więcej danych.

 

Bennet zakłada, że w ten sposób da się również obliczyć nawet wartości etyczne.

 

Czy można jednak napisać algorytm duplikatu człowieka? Nie tylko jego ciała, ale także wszystkiego co przeżył, czego dokonał i co znaczył dla innych.

 

Jak obliczyć wartość którejś z tych trzech chorągwi Hasiora? Materialna budowa wskazywałaby, że najłatwiej wirtualnie odtworzyć tę środkową, ale czy dlatego mniej ona znaczy jako dzieło sztuki?

 

PS.

Ja jestem Cały Świat minus Cały-Świat-oprócz-mnie. Oto co jestem!

Powiedział wielbłąd Ach Aha Oho w książce S.Themersona, Przygody Pędraka Wyrzutka. 

 

----------------------------------------

Bardzo bogatym można zostać na dwa sposoby:

 

1- Wysokie zarobki.

2- Pomnażanie posiadanych pieniędzy.

 

Po roku 1980 nastąpił ogromny wzrost majątku

1% najbogatszych. Co gorsze, tak jak w wieku XIX znów rośnie kapitalizm dziedziczony. Największych fortun nie zdobywają już utalentowane jednostki, tylkodostają je w spadku członkowie rodzinnych dynastii.

 

W USA powstała elita zarobkowa menadżerów, których pensje wzrastały nawet o kilkaset procent rocznie. Działo się tak niezależnie od rezultatów ich pracy, bo to oni sami wyznaczali komitety decydujące o wynagrodzeniach.

Zdobyte w ten sposób bogactwo przekażą swoim potomkom, którzy powiększą grupę rentierów.

 

Jeśli zyski z kapitału są większe niż przychody z pracy, to przeszłość pożera przyszłość i nierówności będą rosły.

 

W krajach demokratycznych politycy mogliby zatrzymać ten absurdalny pęd wprowadzając podatki progresywne. Niestety, na wybory zbyt wielki wpływ ma ekonomia i finanse.

 

WIĘCEJ: T. Piketty, Capital in the Twenty-First Cenury

PS.

Podatki progresywne powstrzymają być może tych, którzy dorabiają się obecnie, ale nie dotkną milionerów. Oni swoje fortuny ulokowali w bezpiecznym miejscu. I nierówności wzrosną jeszcze bardziej.

---------------------------------------

 

Komputeryzacja powoduje zmiany porównywalne z rewolucją przemysłową. Maszyny znów przejmują wykonywanie czynności powtarzalnych i to nie tylko w fabrykach. Znikają zawody w bankach, biurach, księgowości... Pozostaną te wymagające współpracy człowieka z człowiekiem i z aparaturą takie jak dentysta, pielęgniarka, terapeuta, nauczycielka...

 

W konsekwencji zaniknie klasa średnia. Bogacić się będą nieliczni, ci, co opanują złożoną obsługę komputerów a pozostali będą wykonywać proste i mało płatne prace, których zresztą nowe technologie nie tworzą zbyt wiele.

 

W General Electric pracuje 305 tys. osób.

Google zatrudnia 50 tys.

a Facebook tylko 3,8 tys.

 

Cała nadzieja w tym, że jak dotąd takie przepowiednie  sprawdzały się tylko w niewielkim stopniu.

 

Dobre społeczeństwo i dobra gospodarka wymagają nie  tylko równych szans, lecz także w miarę równych możliwości.

Amartya Sen - nagroda „Nobla”

 

Dlatego podatek spadkowy jest konieczny, podobnie jak progresywny podatek osobisty. Nierówności się tak nie zlikwiduje, ale można je mieć przynajmniej pod ograniczoną kontrolą.

Rodząc się, ludzie powinni być możliwie najbardziej równi. Jest źle gdy dziecko dziedziczy wielką fortunę. Ale może nie byłoby tak źle, gdyby ją mogła dziedziczyć jakaś np. lokalna społeczność.

Kaushik Basu - wiceprezes Banku Światowego

 

Wykluczeni nie są „wyzyskiwani” tylko odrzuceni. Oni są „niepotrzebnymi resztkami”.

                                        papież Franciszek, Evangelii gaudium

 

nasza jedyna w swoim rodzaju kultura została zbudowana na tej właśnie idei że...nie ma okoliczności, które pozwalałyby twierdzić, iż osobę ludzką można bez jej zgody poświęcić dla dobra wspólnoty jako „bezużyteczną”.

                                    Leszek Kołakowski

 

---------------------------------

 Stanisław Barańczak  Ani, jedynej

 

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.

Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.

To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd, że ona tak się trudzi,

To, co tłumione czyniąc podwójnie tłumionym

Przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

Ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił

Uwagi – gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin

Gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

Negował staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił

Do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:

„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”?

Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy,

Niedotykalnie drodzy ze swoim „Śpij, pomiń

Snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”.

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził

toporniejszą tkliwością jej tkliwość: „Zapomnij.

Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził

To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi".

 

--------------------------------------------------------------

 

GWIAZDOZBIÓR

Dziecko rysuje gwiazdę
nieskończenie wieloboczną, 
pełną pustki. 
Ona nie zna nieba
i nie trzyma się papieru.

Będzie z niej kiedyś
galaktyka, 
pieprzyk na plecach dziewczyny, 
planeta aniołów, 
stokrotka, 
oko starca, 
granice imperium, 
sęk w desce mojego stołu, 
krogulczy punkt widzenia, 
pomylona litera w Księdze Rodzaju, 
więzienna cela.

I co jeszcze, co jeszcze? 
- Twarz tego dziecka!

Uśmiecha się
jak zabazgrana nieskończoność.

                    Piotr Matywiecki  

 

---------------------
Piotr Matywiecki  urodził się w 1943 roku, jest poetą i eseistą. Wydał wiersze zebrane pod tytułem "Zdarte okładki", szkice o poezji "Myśli do słów" (obie publikacje w Biurze Literackim) i esej filozoficzny "Świadomość" (Instytut Mikołowski). Jest laureatem wielu nagród literackich.
 

--------------------------------------------------------------------

Jak pieniądze pustoszą nasz

 

świat

 

Grzegorz Sroczyński: Na kolegiach redakcyjnych ostro kłócimy się o ekonomię.

Stanisław Owsiak: I co w tym dziwnego?

Dawniej się nie kłóciliśmy. Była w "Gazecie" dość powszechna zgoda, co w ekonomii rozsądne, a co nie.

- Takie dyskusje toczą się teraz na całym świecie. Niech pan pomyśli, jak się czują urzędnicy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kiedy ich nowa szefowa Christine Lagarde bez ironii cytuje Marksa i ogłasza, że trzeba walczyć z nierównościami dochodowymi. Klimat ideowy bardzo się zmienił.

Na jaki?

- Nie do końca wiadomo.

Żyjemy w okresie interregnum. Dawna doktryna ekonomiczna umiera, a nowej jeszcze świat nie znalazł. W niebyt odchodzi rozumienie rynku jako mechanizmu działającego w każdych warunkach efektywnie, skutecznie i absolutnie. Wszyscy ze wszystkimi się o to kłócą, to są zresztą debaty, które moim zdaniem warto toczyć, a nie bać się ich .

Jednego dnia drukujemy komentarz Witka Gadomskiego, że gospodarkę Europy duszą państwowe długi i trzeba mocniej oszczędzać. A następnego dnia Marek Beylin pisze, że gospodarkę Europy dusi polityka nadmiernego oszczędzania i trzeba wreszcie poluzować gorset. Potem jakiś czytelnik dzwoni, że robimy mu wodę z mózgu. Co by mu pan radził?

- Czytelnikowi to nie wiem, co radzić. Ale mogę powiedzieć, co mówię studentom w takich sytuacjach: że ekonomia to nauka miękka, podatna na idee i doktryny. Jeszcze lepsze jest porównanie do religii - wszystko zależy od tego, w co pan wierzy. Nie ma w ekonomii obiektywnych praw, takich jak prawo ciążenia w fizyce.

Żadnych?

- Właściwie poza prawem popytu i podaży cała reszta to są idee, poglądy. I mody.

Czyli Gadomski w poniedziałek ma rację i Beylin w środę też ma rację?

- Każdy z nich wyraża pogląd, a nie prawdę naukową. Z długami nie ma co przesadzać, ale nie powinno się ich również demonizować.

120 procent PKB we Włoszech. Nie demonizować?

- No i co z tego? Amerykanie mieli więcej niż 120 procent w czasie II wojny. Jakby się tym przejmowali, toby im zabrakło na zbrojenia i rządziłaby dziś Europą partia o nazwie NSDAP.

Czyli nie martwić się długami?

- Martwić. Ale ich nie fetyszyzować. Ortodoksi angielscy w XIX wieku chcieli wieszać ministrów skarbu, jeśli wydali funta więcej, niż mieli wpływów z podatków. Dziś dług stał się żelaznym wilkiem do straszenia całych społeczeństw i wymuszania polityki korzystnej głównie dla wielkiego biznesu.

Skąd się biorą te długi budżetowe? Z rozbuchanego socjalu?

- To jest popularna odpowiedź, ale tylko w połowie prawdziwa, a więc właściwie fałszywa. Rzeczywiście społeczeństwa Zachodu starzeją się, mają kłopot z demografią, co powoduje napięcia w systemach emerytur czy opieki zdrowotnej. Ale jest też druga połowa odpowiedzi. Przez ponad 30 lat - od czasów reaganomiki i thatcheryzmu - trwa obniżanie podatków dla korporacji i dużego biznesu. Od lat 80. postępowało to w USA i właściwie w całej Unii. Pod wpływem doktryny zaczęto uważać, że jedyny luz budżetowy, jakiego można szukać, znajduje się po stronie wydatków państwa. Jeśli brakuje pieniędzy na ważne społecznie cele, to trzeba z nich rezygnować, ciąć, oszczędzać, ale podatków podnosić nie wolno. Dopiero teraz Komisja Europejska konstatuje, że trzeba się wreszcie przyjrzeć dochodom budżetów. No bo jak to jest, że korporacje mają się wyśmienicie, ich zyski rosną, a jednocześnie jest coraz mniej pieniędzy na sferę publiczną? Może przyjrzyjmy się Luksemburgowi i Liechtensteinowi? Może sprawdźmy, co to jest ta słynna kanapka irlandzko-holenderska, która pozwala nie płacić? Może każmy ujawnić przepływy finansowe między oddziałami firm, sprawdźmy, gdzie księgują koszty, a gdzie dochody?

 
MFW wciąż obniża prognozy. Ostatnio ogłosił, że tempo wzrostu gospodarczego na świecie jest rozczarowujące, ożywienie znów może się nie udać. Dlaczego nic nie działa na gospodarkę? Ani cięcia budżetowe, ani dosypywanie pieniędzy.

- Nic nie działa - mówiąc tak, pan przesadza. Amerykanie po kryzysie 2008 roku dosypali do pieca, dodrukowali dolarów, a Europa wciąż cięła i oszczędzała. I w USA wzrost jednak powrócił. Natomiast rzeczywiście nie tak szybko, jak myśleli Amerykanie, i zupełnie nie taki, jak by chcieli.

Małpa nie skacze już do starych melodyjek.

- Trochę skacze, ale niemrawo. Główna zmiana polega na tym, że nawet jeśli pojawia się wzrost gospodarczy, to jego owoce nie trafiają do zwykłych ludzi, tylko gdzieś po drodze zostają. Kiedyś tak nie było.

Co się stało?

- Sięgamy do fundamentalnych kwestii.

Mieliśmy na całym świecie długi okres wiary w ekonomię monetarną, która zakładała, że cykliczność gospodarki można łagodzić instrumentami pieniężnymi. Należy kontrolować stopy procentowe, podaż pieniądza i to wystarczy, żeby kierować wzrostem gospodarki. Czyli jak pojawia się jakiś kryzys, to kilku ludzi - u nas to będzie Rada Polityki Pieniężnej - zbiera się, ogłasza nowe stopy procentowe, no i wszystko znowu gra. Nie trzeba uruchamiać programów społecznych, angażować w to państwa, planować inwestycji publicznych, męczyć się i dręczyć.

Wygodne.

- Bardzo. Monetaryści podsunęli politykom wspaniałą wymówkę, żeby się ekonomią społeczną właściwie nie zajmować. Wystarczy niezależny bank, grupa ekspertów od stóp procentowych, resztę zrobi rynek. Politycy mogli z czystym sumieniem zająć się uprawianiem wojny kulturowej. Żeby debatować o aborcji, moralności i seksie zamiast o emeryturach i podatkach, znać się na niczym nie trzeba. Każdy to umie. Łatwiej też organizować wściekłość wyborców wokół różnic światopoglądowych, bo te sprawy łatwiej ludzi rozpalają niż polityka społeczna.

I?

- Działało. Zbierały się ciała eksperckie, podnosiły albo obniżały stopy, kręciło się - gospodarka sobie, a polityka sobie. Ale przestało. Coś się w tym mechanizmie zatarło.

Co?

- Nie do końca wiadomo. Ja uważam, że mechanizm nie działa, bo nie ma co działać. Wydajność pracy wzrasta, a płace stoją. I po prostu nie ma popytu, bo ludzie nie zarabiają wystarczająco dobrze i nie kupują. Jednocześnie uleciał ze społeczeństw optymizm.

Udział płac w wartości wytwarzanych dóbr na świecie systematycznie spada. W 1980 roku płace brutto w krajach rozwiniętych stanowiły 70 proc. PKB, a obecnie to zaledwie 55 proc. To jest gigantyczna różnica. Gdyby amerykańska płaca minimalna rosła w takim tempie jak wydajność pracy, to powinna wynosić 22 dolary za godzinę, a wynosi zaledwie 7,25 dolara. Więc nawet jeśli pojawia się wzrost PKB, to dla większości ludzi niewiele z tego wynika.

Dlaczego płace stoją?

- Bo nikt już nie naciska, żeby rosły.

Kapitalizm to nie jest system, w którym szczęśliwość i pomyślność same się robią, jak będziesz ciężej pracował, to więcej zarobisz. To jest system dość brutalnego wyzysku, który dopiero za pomocą kagańca można na tyle okiełznać, żeby nie zżerał własnego ogona. Zdjęto ten kaganiec. Rozmontowano mechanizmy nacisku na biznes, które zmuszały do podnoszenia płac proporcjonalnie do wzrostu wydajności pracy. Bezzębność związków zawodowych, które przestały strajkować. No i globalizacja. Zawsze na drugim końcu świata znajdzie się jakiś tyran, który spałuje strajkujących robotników, odpady chemiczne pozwoli wylewać wprost do rzeki, czyli zaoferuje międzynarodowym koncernom "dogodne warunki do prowadzenia biznesu". I tam się wyniosą. Albo mogą straszyć, że się wyniosą, bo często wystarczy sama groźba, żebyśmy w Europie obniżali pracownikom standardy.


Ten trójkąt - pracodawcy, związki zawodowe i państwo jako arbiter - zniknął. To znaczy niby jeszcze funkcjonuje, ale coraz słabiej. I to jest zjawisko powszechne, tylko w niektórych sektorach związki się bronią, np. w służbach lotniskowych.

Słabość związków jest niedobra dla pracowników, ale powinna być chyba dobra dla światowego wzrostu gospodarczego?

- Okazuje się, że nie. To były złudzenia. Według modelu neoliberalnego, jak są niskie podatki, nie ma tych koszmarnych związkowców, nie ma konieczności negocjowania zwolnień, to biznes może się rozwijać szybciej, ma większy zysk, szybciej rośnie PKB i na końcu wszyscy zyskują. Ładny model, który nie działa, ale daliśmy sobie go wmówić.

 
W USA dzięki górze pieniędzy dosypanych do gospodarki wzrost sięgnął ostatnio 4,6 proc. Ale większość Amerykanów uważa, że wciąż trwa recesja. Co się okazało? Realne pensje liczone z uwzględnieniem inflacji rosną tylko w przypadku 5 proc. najbogatszych. Jak ludzie mają mieć poczucie, że im się poprawia? Amerykanie, porównując swoje pensje sprzed 20 lat z obecnymi, widzą dwa światy. Kiedyś żona nie pracowała, córka nie dorabiała i z jednej pensji wystarczało na życie. A teraz, żeby utrzymać podobny standard, wszyscy muszą pracować.

Ale jest jeszcze coś: dookoła kipi cały ten kolorowy świat reklam, festiwal konsumpcji, ogląda pan w telewizji "Z kamerą u Kardashianów" i czuje, że na nic pana nie stać. Więc co pan robi?

Idę po kredyt.

- Otóż to. Bańka złych długów wzięła się między innymi z wciskania kredytów ludziom, których nie stać na przyzwoite życie z własnej pracy. Innymi słowy: system nie podnosi ludziom płac realnych, ale za to na lewo i prawo rozdaje im kredyty. Kredyt zamiast podwyżki. Kiedy w końcu bańka pęka, wmawia się ludziom, że to ich wina, bo byli rozrzutni.

Przedsiębiorcy są konserwatywni, nie podniosą płac sami z siebie, bo wiedzą, że za rok, dwa sytuacja się może pogorszyć, no to mam odłożony kapitalik w banku albo na rynku finansowym, obracam nim. Obecnie na całym świecie widać skłonność biznesu do bardzo wysokiej akumulacji zysków.

Czyli odkładania coraz większych kapitalików?

- Tak. Z różnych powodów. Częściowo to wynika z natury człowieka, że jest chciwy. W dużej mierze wynika z błędnej polityki podatkowej i dochodowej państw. Ale jeszcze coś ważnego bym dodał: czynniki psychologiczne. Pojawiają się zjawiska wyimaginowane, ludzie po prostu zawsze coś sobie wyobrażają.

A dziś co sobie wyobrażają?

- Wszyscy mamy problem z przyszłością. A właściwie z optymistycznymi scenariuszami na przyszłość. Przestaliśmy wierzyć, że świat zmierza w dobrym kierunku, to widać w wielu badaniach, na przykład już ponad połowa Europejczyków uważa, że ich dzieci będą miały gorzej w życiu niż oni, będą miały mniejsze zarobki. To powoduje bardzo konkretny efekt.

Jaki?

- Małpa nie będzie skakać na dźwięk ulubionych melodyjek, bo się po prostu boi. A jak się pan boi, to najpierw myśli o sobie. Zagarnia pod siebie, ile się da, robi zapasy, płaci jak najmniej pracownikom, odkłada tyle, żeby dla dzieci i wnuków też starczyło, bo przecież będzie tylko gorzej. Na czarną godzinę. Im więcej niepewności, tym mniejsza skłonność ludzi do dzielenia się.

Czyli kiedyś inwestowali i płacili, bo wierzyli w przyszłość, a teraz odkładają?

- To jeden z powodów.

Pamięta pan, że w 2003 roku w Polsce obniżono gwałtownie stawkę podatku korporacyjnego CIT z 27 do 19 procent?

Tak. Miller to zrobił. Do dziś się chwali, że fantastycznie zadziałało.

- Wszyscy wokół to robili - Słowacy, Ukraińcy - taka była moda. Lobby biznesowe krzyczało: "Nie mamy pieniędzy na inwestycje, obniżcie nam podatki, to zbudujemy nowe fabryki!". Wie pan, co się stało? Stopa inwestycji, jak stała przed obniżką podatków, tak samo pozostała martwa przez kilka następnych lat, a pieniądze wylądowały na rachunkach bankowych. Rynek nie zachował się tak, jak jest napisane w podręczniku.

A dlaczego w życiu nie jest tak jak w podręczniku?

- Pan tego nie rozumie, ja tego do końca nie rozumiem, chociaż jestem profesorem ekonomii, i nikt tego nie rozumie. To jest dokładnie tak, jakby pan pytał, dlaczego ludzie czytają "50 twarzy Greya" albo nagle zaczynają jeść sushi. Oczywiście, możemy to zbadać ankietami i mieć jakieś intuicje, ale wzoru matematycznego na popularność "50 twarzy Greya" nie da się wyprowadzić. I z ekonomią jest podobnie. Niestety, część ekonomistów przez ostatnie dekady zachowywała się tak, jakby te wzory zachowań posiadła.

Pogląd, że niskie podatki zawsze są dobre, bo pobudzają wzrost gospodarczy, jest kompletnie z sufitu. Raz to działa, ale innym razem nie działa. Przy czym ostatnio częściej nie działa.

 
Trochę nie wiem, co na to powiedzieć. Bo pan mówi takim tonem, jakby to było oczywiste. Przecież przez 25 lat opowiadaliście - wy, ekonomiści - że są święte zasady. I że w ekonomii, jeśli zrobić A, to na pewno będzie B, tylko trzeba być wystarczająco zdeterminowanym. "Obiektywny mechanizm rynkowy" - mówiliście. A teraz nagle na wszystkich waszych kongresach słyszę: "To były tylko teorie". Nikt nie czuje się odpowiedzialny za zrobienie wody z mózgu milionom ludzi.

- Ja nie opowiadałem, że ekonomia to obiektywny mechanizm.

Pańscy koledzy.

- Niektórzy.

Większość.

- Transformacja w Polsce zaczęła się w bardzo specyficznym okresie. Kapitalizm właśnie osiągnął sztywny kształt ideowy, w świecie zachodnim królowała doktryna neoliberalna: państwo na bok, jak najmniej ingerencji. Thatcheryzm i reaganomika w pełnym rozkwicie. Deregulacja w Ameryce. Wolność dla rynków finansowych. Chciwość jest dobra, bo służy wszystkim. "Ekonomia, głupcze!". I na to się nałożył upadek komunizmu. Razem z innymi krajami bloku postsowieckiego poszliśmy za tym w ciemno, za poglądami, za doktryną właściwie.

A dlaczego wyście siedzieli cicho?

- Bo system kojarzony z socjalizmem kompletnie się skompromitował, więc argumentów za bardzo nie było. A jak nawet człowiek zgłaszał pewne wątpliwości, to od razu: "stare myślenie", "niereformowalny". Etykiety. Trudno było z czymś innym wyjść.

Zawsze jest trudno z czymś innym wyjść. Takie życie.

- To prawda, nie jest to wystarczające usprawiedliwienie.

Pamięta pan prof. Tadeusza Kowalika? Świetny naukowiec, ekonomista ceniony na świecie, a w Polsce uchodził za dziwaka. Kto nie śpiewał w chórze, skazywał się na marginalizację. Ale mimo to było wiele głosów odrębnych, było "Życie Gospodarcze", potem "Nowe Życie Gospodarcze", cały czas coś tam pisaliśmy.

"Coś tam pisaliśmy". Dobre określenie. Dlaczego, jak włączę jakąkolwiek telewizję, to debaty ekonomiczne polegają na mówieniu, że państwo jest złe, podatki za wysokie, a biznes uciemiężony?

- Bo ludzie lubią piosenki już raz słyszane.

Gdy pan chodzi po mediach jako tzw. ekspert, to ma ogromną pokusę, żeby mówić, że podatki są złe. Wszyscy to chcą usłyszeć! Zarówno bogacz z listy stu będzie zachwycony pańskimi występami, potem na przyjęciu poklepie pana po plecach, ale szaraczek na forum internetowym też pochwali: "Tak, państwo nas gnębi! Za dużo płacimy!". Więc jeśli pan lubi błyszczeć w mediach, to będzie pan nieustannie takie rzeczy opowiadać.

Na temat podatków panują szkodliwe mity, co ciekawe, szkodliwe przede wszystkim dla warstw społecznych, które je wyznają. Klasa średnia na przykład dała sobie wmówić, że fantastyczny byłby podatek liniowy, no, niestety rząd go nie wprowadza, bo jest głupi, a mogło być tak cudownie. Tymczasem przy obniżaniu podatków i wprowadzeniu liniowca w tyłek dostaje w pierwszej kolejności klasa średnia: zaraz brakuje pieniędzy na szkoły, zaraz są gorsze drogi, szpitale, usługi publiczne. Bogaci, jak szkolnictwo w Polsce zrobi się bardzo złe, wyślą dzieci do Londynu, a jak w drogach będzie za dużo dziur, kupią sobie helikoptery, to średniacy są skazani na sektor publiczny. I jednocześnie klasa średnia bezmyślnie powtarza: "Obniżajmy podatki".

A dlaczego?

- Media. Kochana "Wyborcza" też. Na jednej stronie piszecie o wysokim fiskalizmie, ciemiężeniu biznesu, a dwie strony dalej o tym, że likwiduje się wiejskie szkoły i nie ma łóżek geriatrycznych w szpitalach. Brakuje połączenia. To jest trudne, ale trzeba przekonywać obywateli, że podatki to wspólna kasa i wspólne inwestycje w przyszłość.

Po I wojnie światowej toczyła się w Polsce debata na temat podatków, Grabski chciał stworzyć spójny system, państwo przecież się rozłaziło. I był opór. Dochodziły zewsząd skargi fabrykantów, że zbankrutują albo będą się musieli wynieść za granicę. Te same argumenty co dziś. Grabski odpowiedział im tak: "Jak to jest? Płaciliście zaborcom podatki dużo wyższe, a na ojczyznę płacić nie chcecie?". Nikt się nie poczuwał do inwestowania w dobro wspólne.

Pewien student mówi mi tak: "W Polsce są tak wysokie podatki, że zabierają 118 procent dochodu". No, zaciekawił mnie, jak to możliwe, że państwo zabiera więcej, niż obywatel zarabia. Chłopak tłumaczy: "45 procent idzie na ZUS, 19 procent na CIT, 32 procent na PIT i 22 procent na VAT. To razem jest 118 procent dochodu".

Dlaczego on tak myśli?

- Naczytał się. Gnębieni przedsiębiorcy, państwo okrada biznes, to, siamto, owamto, wszystko, co związane z państwem, jest złe. To wielkie wyzwanie dla władz i dla mediów, żeby to zacząć odkręcać.

 
A może dla was?

- Też.

Podatek się postrzega jako haracz. Natomiast ja uważam, że to jest inwestycja.

Tylko takie myślenie jest możliwe, jeśli obywatel wierzy, że państwo rozsądnie wyda te pieniądze.

- I tu jest kłopot. Kierowca pewnej instytucji wiezie mnie na jakieś spotkanie i mówi tak: "Idę na zieloną trawkę". Nawet nie boi się bezrobocia, bo obrotny jest i coś znajdzie. Ale ta instytucja funduje pracownikom pakiet zdrowotny w prywatnej przychodni. "Jak mnie zwolnią, to będę bezradny, bez żadnych szans na leczenie". Czyli on uważa, że jak nie będzie miał tego pakietu, to państwo mu niczego nie zapewni. I to jest pogląd szerszy.

Co z tego wynika?

- To, że możemy się pożegnać z nadzieją, że państwo będzie uznawane za warte płacenia podatków, jeśli większość obywateli myśli jak ten kierowca. Nikt nie wierzy, że może być inaczej, nawet urzędnicy państwowi za bardzo nie wierzą w sferę usług publicznych. Ma to niestety wszelkie cechy samosprawdzającej się przepowiedni. Politycy nie wierzą, że publiczna służba zdrowia może być sprawna, chociaż na świecie są na to liczne przykłady, więc poważnie się tym problemem nie zajmują, tylko uprawiają łataninę. Więc rzeczywiście jest coraz gorzej. Jednocześnie po cichu uważają, że prywatne szpitale to ziemia obiecana, do której należy pielgrzymować, na razie powoli, bo obywatele są jeszcze za mało uświadomieni. W tym bałaganie dochodzi do skrajnej niesprawiedliwości, ja i pan nie musimy czekać do lekarza, zawsze jakoś to sobie załatwimy, a szwaczka z Łodzi czeka rok. Trwa też dzika prywatyzacja sektora zdrowia w Polsce, która pogłębia nierówności w dostępie do leczenia i jest skandalem na miarę światową. Będziemy to kiedyś odkręcać i zgrzytać zębami ze złości, że byliśmy tak niemądrzy.


Wiceprezes Banku Światowego Kaushik Basu mówi tak: "Mamy dane pokazujące, że światowy wzrost gospodarczy został spowolniony przez rosnące nierówności dochodowe". Prawda?

- Prawda. Tylko pojawia się problem - mówię to po to, żeby pan zrozumiał, jak w środowisku ekonomistów toczone są dyskusje - że każdy ma swoje dane.

Słucham?

- Niestety. Inny ekonomista panu powie: "Rosną nierówności? A ja mam dane, że nierówności maleją". Pamiętam pewną konferencję, na której właśnie tak wyglądała dyskusja, każdy miał swoje liczby. "Proszę pokazać metodę pańskich wyliczeń". "Nie, najpierw niech pan pokaże swoją metodę wyliczeń". Taka była rozmowa.

Ale kto ma rację?

- W sprawie nierówności? Rosną. Od 30 lat bardzo istotnie rosną, pokazują to dane OECD czy Banku Światowego. W Polsce jest pewien problem, bo Eurostat zmienił metodę pomiaru i wyszło, że w ostatnich pięciu latach nierówności u nas spadły. Ale tak naprawdę one się nie zmieniły, co widać, jak się weźmie tabele GUS. W Polsce nierówności dochodowe są stosunkowo wysokie, zwłaszcza na tle innych krajów regionu: nasz wskaźnik Giniego wynosi około 34, w Czechach i na Słowacji - 28. Ale jest inne niepokojące zjawisko: duża liczba ubogich pracujących. Ludzi, którzy nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, mimo że mają pracę. Szacuje się, że to 11 proc. zatrudnionych. Dostają tak niskie pensje, że nie mogą z pracy wyżyć. To nie jest zjawisko typowo polskie, ten problem narasta także w innych krajach.


Jaki jest mechanizm wzrostu nierówności?

- Ideowy. Obniżanie podatków i wycofywanie się państwa spowodowało, że nie ma mechanizmów korygujących.

Gospodarka rynkowa faluje, chodzi cyklami. Jeżeli za bardzo przyspiesza, to perspektywa zapłacenia, powiedzmy, 70 proc. od każdego zarobionego ponad ustalony próg dolara działa jak chłodnica w rozgrzanym silniku. Dzięki temu bańki spekulacyjne są mniejsze, a kryzysy nie takie głębokie. Dodatkowo wysoki podatek zniechęca korporacje do zagarniania pod siebie, jeśli mają tyle zapłacić, to już wolą dać więcej swoim pracownikom. Ale zaczęto skalę podatkową spłaszczać, bo ideologia mówiła, że trzeba więcej swobody, więcej zysku. Aż w końcu się okazało, że jeśli pieniądze ulegają zbyt dużej koncentracji, to wszystko się zapycha.

Bo?

- Coś z tym nadmiarem pieniędzy bogacze muszą robić. I zwykle to "coś" jest szkodliwe dla całej reszty.

 
Jachty?

- Nie chodzi o jachty, niech je sobie mają, maserati i inne. Chodzi o to, że jeśli odbiera się zwykłym pracownikom coraz większą część wytworzonego przez nich zysku i zostawia go korporacjom, właścicielom firm, to oni albo te nadwyżki trzymają na kontach, albo wpuszczają w rynki finansowe, gdzie pieniądze się kręcą, czyniąc rozmaite spustoszenia. Tu dochodzimy do problemu finansjalizacji, mojego ulubionego, tym się zajmuję naukowo.

Finansjalizacja?

- To proces, który oddala pieniądze od rzeczy użytecznych, od towarów i usług. I od pracy. Polega głównie na kreowaniu rozmaitych instrumentów finansowych. To są najdziwniejsze rzeczy. Jak się zaczyna rozmowę z ekonomistą o instrumentach finansowych, to on zaraz mówi: "Przepraszam, ale ja się na tym nie znam, ja tego nie rozumiem".

Pan rozumie?

- Nie zawsze, bo tam są rzeczy dziwne. Na przykład można obstawić, czy człowiek wyląduje na Marsie, poważne instytucje finansowe tworzą takie instrumenty. Albo handlują śmiercią. Ktoś skupuje od niezamożnych ludzi polisy na życie, w zamian wypłaca im co miesiąc rentę i zakłada się, ile delikwent pożyje. Im krócej, tym lepiej, bo zgarnia się wtedy wypłatę z jego polisy. Te polisy się łączy w pakiety - tzw. CDS - i taki produkt bank sprzedaje jako fantastyczną bezpieczną inwestycję.


A co to szkodzi?

- Szkodzi.

Jeśli jest pan biznesmenem i ma wolne 50 mln dolarów z zeszłorocznego zysku, to może pan to zainwestować w budowę nowej fabryki, powiedzmy w Polsce, albo wsadzić w finansowe kasyno. I okazuje się, że kasyno jest bardziej pociągające.

Dlaczego wolę kasyno?

- Przychodzi do pana facet z funduszu hedgingowego i mówi: "Panie prezesie, słyszałem, że pańska firma chce inwestować w nową fabrykę, ale ja mam lepszy pomysł. Po co się użerać z robolami w Polsce i mieć potem zwrot z kapitału na poziomie 5 proc. rocznie? Tu mam fantastyczny CDS, ten instrument pozwoli panu zarobić 20 proc. rocznie!". To się tak odbywa. Takim naganiactwem zajęły się poważne banki. Jak przychodzi do pana cwaniak z funduszu o nazwie w stylu "Superprofit", no to czerwone światło się w pańskiej głowie zapali, trzy razy się pan zastanowi. Ale jeśli naganiacz jest pracownikiem szacownego banku, z którym od lat pan współpracuje? Banki poszły w instrumenty pochodne, zamiast zajmować się swoim powołaniem i udzielać firmom kredytów na inwestycje w realną gospodarkę.

Gdyby instrumenty finansowe funkcjonowały w sferze abstrakcji, to byłoby jeszcze pół biedy. Problem polega na tym, że kiedy następuje nakłucie bańki spekulacyjnej - a na rynkach finansowych bańki zdarzają się ciągle - to wtedy wirtualne pieniądze kierują się w sferę realną. Spekulanci chcą zamienić gwałtownie te dziwaczne aktywa na cokolwiek trwałego.

Czyli jak trwoga, to do realnej gospodarki?

- Właśnie. Kupują złoto, siarkę, surowce, ryż, ropę. I następuje zaburzenie cenowe w realnym świecie, co może rozhuśtać całą gospodarkę. Jedne ceny gwałtownie rosną, inne spadają, nieruchomości tanieją, sektor budowlany pada, ludzie zostają z niespłacalnymi kredytami. Tysiące rodzin ląduje na bruku. Nad tym zbyt szerokim strumieniem kapitałów przepływających w panice przez rynki finansowe nie ma żadnej kontroli.

Tradycyjna ekonomia, taka, której mnie uczono, mówiła, że gromadzenie kapitału sprzyja rozwojowi firm. "Akumulacja kapitału napędza wzrost". I coś się w tym mechanizmie zatarło. Kapitał nadmiernie pęcznieje, a gdy pojawia się go za dużo w jednym miejscu, to jest kierowany nie w tę stronę, co trzeba. Mniej więcej czterokrotnie za dużo idzie w finanse zamiast w realną gospodarkę.

W podręczniku student przeczyta, że rynek kapitałowy jest ważnym elementem kapitalistycznej gospodarki. Jaki jest argument? "Rynek kapitałowy sprzyja optymalnej alokacji zasobów". Pięknie. Tylko żadne badania prowadzone na świecie nie udowodniły, że jest coś takiego jak efektywność informacyjna rynku. Czyli że wiem, że rynek wycenia właściwie jakieś akcje i mogę tam swoje oszczędności ulokować. Rynki są nieodporne na wstrząsy, histerie, jest "efekt poniedziałku", "efekt weekendu", "efekt stycznia" i czort wie czego jeszcze. Wszystko wprowadza zaburzenia.

Czyli mamy znakomitą teorię, ale w realnym życiu wszystko jest wyjątkiem od tej teorii?

- Tak. Z neoliberalnym kapitalizmem jest trochę jak z realnym socjalizmem. On działa znakomicie w podręczniku. Piękna utopia.

 
Ale co z tego dla nas wynika?

- Że jak się rynki i banki wypuszcza spod nadzoru, to stają się szkodnikami. A na końcu zabijają same siebie. Niszczą kapitalizm, niszczą demokrację. To tak naprawdę oznacza, że kapitalizm nie tworzy warunków do własnego przetrwania.

Czy pan jest optymistą, czy pesymistą?

- Umiarkowanym optymistą.

Co robić?

- Żeby dobrze było? Na świecie czy w Polsce?

W Polsce.

- Poprawić jakość działania państwa; to nie jest łatwe. Budować inny klimat wokół podatków, przecież one wracają do społeczeństwa, do gospodarki, czego nie rozumieją doktrynerzy. Ich ulubiony zwrot: "Wydatki publiczne obciążają budżet państwa". No dobrze - to po co ten budżet jest? Państwo musi być skuteczne i musi mieć pieniądze, bez pieniędzy państwowość jest tylko na papierze. I trzeba to ludziom wytłumaczyć.

Rozmawiałem kiedyś z posłem Szejnfeldem na temat różnych pomysłów Platformy, chodziło o jakąś reformę, która była bez sensu. I wywoływała ogromny opór środowiska. On powiedział tak: "Proszę pana, im większy opór środowiska, tym bardziej reformę trzeba wprowadzić". Takie myślenie.

Im bardziej boli, tym lepsza reforma.

- Nasze elity tak uważają. Gdy udaje się osiągnąć kompromis ze związkami, to komentatorzy piszą, że to kapitulacja, nic niewarte.

Nigdy nie doszło do debaty nad modelem sektora publicznego, zdrowia, edukacji. Co powinno nam zapewnić państwo, a co musimy sami sobie zapewnić? Unikamy tej rozmowy jak ognia. Bo to znaczy, że trzeba skończyć z fikcją i stwierdzić, że na coś państwa też nie stać. W sposób jasny powiedzieć obywatelom: "Tyle płacisz podatków, tyle się możesz spodziewać".

Trzeba podnieść podatki?

- Żeby doinwestować państwo, trzeba mieć pieniądze. I myślę, że trzeba będzie podnieść podatki dochodowe. Przywrócić w Polsce skalę trzystopniową w PIT. To pozwoliłoby obniżyć stawki VAT - podatku niesprawiedliwego, który najbardziej obciąża biednych. Wielkim wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej są wyłudzenia zwrotów fikcyjnego VAT, co przecież też przekłada się na deficyty budżetowe i długi publiczne. Trzeba bardziej obiektywnie spojrzeć na przyczyny nierównowagi w polskim budżecie, a nie tylko szukać ich w wydatkach socjalnych. Polska powinna też lepiej kontrolować dochody korporacji i transfery pieniędzy do rajów podatkowych.

Wszyscy mówią, że się nie da.

- Da się.

To, co się da, a co nie, zależy od klimatu ideowego. A ten można zmieniać.

Stanisław Owsiak (ur. w 1946 r.) od lat jest związany z Akademią Ekonomiczną w Krakowie. Zajmuje się polityką fiskalną, sektorem finansowym i polską transformacją. Był wiceprzewodniczącym Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy premierze (a dokładniej - przy kolejnych sześciu premierach w latach 1994-2004, twierdzi jednak, że większość pomysłów tego szacownego grona lądowała w koszu albo szufladzie). Był też członkiem Rady Polityki Pieniężnej (2004-10). Jego prace naukowe należą do najczęściej cytowanych publikacji polskich ekonomistów.