|
Wojciech Kurtyka IGRZYSKA ŚMIERCI
Jeśli alpinista
robi karierę, idąc przez las trupów, to zamienia sztukę życia w sztukę
umierania. Rozmowa z Wojciechem Kurtyką
Pisze pan w
"Chińskim maharadży", że od dziecka paraliżował pana strach.
Poczucie czegoś szatańskiego przychodziło we śnie. Zaczął się
pan wspinać ze strachu?
- W odpowiedzi na strach. Człowiek jest tak skonstruowany, że
musi się bać. Jeśli się nie boi, to wpakuje się w tarapaty i
straci życie. Naturalny jest też sprzeciw wobec własnego
strachu. Poczułem to, kiedy byłem dzieckiem. A gdy pierwszy raz
zetknąłem się z górami, bunt wobec własnej słabości połączony z
fascynacją przyrodą obudził we mnie naturę alpinisty.
Skąd ten bunt?
- Z poczucia godności. Jeżeli człowiek przegrywa z lękiem, to
traci zaufanie do siebie i poczucie własnej wartości. To dotyczy
gospodyni domowej, która będzie się stawiać zaborczemu mężowi,
czy dozorcy, który nie pozwoli sobie wejść na głowę, i Wojtka
Kurtyki, który wchodzi w ścianę i zrobi wszystko, by wygrać z
własnym strachem. To pierwotne.
Mój tata [pisarz Henryk Worcell, autor m.in. "Zaklętych
rewirów"] często podkreślał, że zdolność przeciwstawienia się
zewnętrznemu złu, które widzimy, jest obowiązkiem wynikającym z
naszej godności.
Jaki jest strach
podczas wspinaczki?
- Miałem kiedyś obsesyjny lęk przed śmiercią z wyczerpania.
Podejrzewam, że po przeczytaniu książek Wawrzyńca Żuławskiego,
który opisał wypadek Kaszniców. Ojciec, syn i ich przewodnik
zasłabli i zmarli. Przyczyn nigdy nie ustalono. Ta zmora
towarzyszyła mi kilka lat. Bałem się, że pójdę za daleko, tam,
gdzie nie ma już sił, żywności, wydolności.
Potem miałem czas potwornego lęku przed lawinami. Co wyprawa, to
wchodziłem w zagrożone miejsca, w jakieś dudniące, niebezpieczne
cholerstwo. Ale wyczucie tych niebezpieczeństw bywało przecież
całkiem racjonalne.
Czemu tak rzadko
się pan publicznie udziela?
- Dawniej wynikało to z poczucia godności. Nie chciałem sprzedać
się swojemu wizerunkowi medialnemu, bo zacząłbym go nasłuchiwać,
utożsamiać się z nim. Nie chciałem być na pasku jakiejkolwiek
niewoli - kobiety, używek czy sławy. Jako wspinacz poczucie
wolności mam we krwi.
A teraz?
- Mniej boję się własnej próżności. Nawet miewam ochotę, by się
podzielić refleksją, doświadczeniem. I natychmiast mam
świadomość, że wystawiam się na cholerne targowisko próżności,
na spektakl kłótliwych mądrali. Ale ogólnie dobrze mi w życiu.
Nie chcę mego świata wystawiać na różnych talibów. Dziś jest to
więc bardziej postawa asekurancka.
Owszem, przyjemnie jest być znanym. Tylko że to szybko robi się
trucizną.
Ale druga strona
medalu jest taka, że nie przekazuje pan swojej wiedzy.
- Wspinacz ekstremalny z natury rzeczy jest społecznym
outsiderem. Dotkliwie to odczuwałem, bo byłem nie tylko na
marginesie życia społecznego, lecz również outsiderem wśród
wspinaczy.
W czasach PRL alpinizm był w 99 proc. wielkowyprawowy, opanowany
przez lobby wyprawowe, spleciony ze strukturami Polskiego
Związku Alpinizmu. Na 1000 wspinaczy był jeden, który szedł pod
prąd i robił swoje. No i, kurde, tak się złożyło, że to byłem
ja.
Czarna owca?
- Otwarcie mi to mówiono. Kiedy zgłaszałem się z prośbą do PZA o
parę tysięcy dolarów, to powstawał zgrzyt: dać te pieniądze
15-osobowej wyprawie jednego z bossów polskiego alpinizmu czy
urwać coś i kapnąć Kurtyce. Ze swoim alpejskim stylem,
odbieranym jako bardzo niebezpieczny, i w dwuosobowym zespole
byłem początkowo kimś niepoważnym. Ale o dziwo dostawałem te
1000 dolarów. Resztę musiałem wykombinować sam, jako "polski
łącznik". A przemyt bywa równie niebezpieczny jak sama
wspinaczka.
Indywidualista nie był mile widziany w kolektywie?
- Kłóciło się to z socjalistycznym poczuciem przyzwoitości,
gdzie pieniądze wypadało dać na zbiorowy wysiłek. Byłem solą w
oku.
To dlaczego
związek nie usunął pana z szeregów?
- Trudno skreślić kogoś, kogo przejścia znajdują większy
oddźwięk w świecie niż osiągnięcia licznych wielkich wypraw,
kogoś, kto nie zaliczył ani jednego śmiertelnego wypadku, ani
nawet jednego złamanego paluszka na wyprawach. Nie nosiłem
urazy, ale też, jak dobrze ujął to dumny szkocki zbój Rob Roy:
"Nikt o łaskę prosić nie będzie i łaska nie zostanie udzielona".
I tak pozostaje do dzisiaj. To jednak niebezpieczna postawa -
duma łatwo przeistacza się w pychę.
Jak wpadł pan na
to, by w najwyższych górach wspinać się w stylu alpejskim, czyli
bez obozów, lin poręczowych i ze sprzętem i żywnością na jedno
wejście w ścianę?
- Styl alpejski to w gruncie rzeczy naturalne zachowanie "małpy"
w ścianie. Pierwsze osiągnięcia zaliczyłem jeszcze przed
rozczarowaniem dużymi wyprawami.
Zacząłem w 1972 roku w Hindukuszu, podczas dwóch wejść nowymi
drogami na siedmiotysięczniki. Jedną z nich była piękna i
nowatorska linia na północnej ścianie Akher Chagha, pierwszy na
świecie big wall na siedmiotysięczniku, śmignięty w trzy dni w
czteroosobowym zespole z dwoma biwakami w ścianie. Nie
nazwaliśmy tego alpejskim stylem, bo takie określenie wtedy
jeszcze nie istniało. Pojawiło się później, chyba w kręgach Reinholda
Messnera.
Styl alpejski to nie była polska specjalność. Tylko Krzysiek
Wielicki, który niejako szedł po moich śladach, miał w nim
wybitne osiągnięcia na ośmiotysięcznikach. Wcześniej byłem
jedyny. Wchodziłem w ściany Karakorum i Himalajów tak, jak to
robiłem w Tatrach i Alpach, czyli szybko i z minimum sprzętu. Na
przykład czterodniowe przejście direttissimy Kazalnicy w 1970
roku prowadziliśmy z pomocą prymitywnego sprzętu, w potwornym
załamaniu pogody. Konkurencyjny zespół Kukuczki stracił tam
człowieka. Był w tym już rozmach i duch przygody gór wyższych.
Wymagało to napięcia wewnętrznego i koncentracji. Wielodniowe
wspinaczki tatrzańskie nauczyły mnie zamieniania ściany w dom.
Noc w trudnych warunkach była dla mnie tym, czym dla harcerza
biwakowanie. Do dzisiaj zdarza mi się biwakować na podejściach w
Tatrach.
A dlaczego
rozczarował się pan wielkimi wyprawami?
- Eliminują ze wspinania to, co najlepsze, czyli poczucie
wolności. Odczułem to dotkliwie podczas wypraw na Lhotse (1974)
i K2 (1976). Tam nie było możliwości podążania za głosem
wewnętrznym, bo rolę wyznaczał kierownik albo zobowiązania
międzyzespołowe. Dostawałem swoją dolę do zrobienia i tyle.
Za moją ucieczką do stylu alpejskiego nie stała kalkulacja, że
jeśli zrobię coś we dwójkę, to będzie chwała. Chodziło właśnie o
poczucie wolności w górach. Oczywiście, miałem parcie na wynik,
na tzw. cyfrę, która określa klasę drogi wspinaczkowej. Ale cóż
mi po klasie w grach zespołowych. Doświadczenie alpinistyczne
zaczyna się tam, gdzie zachowuje się wolną wolę, a jego siła
objawia się wówczas, gdy sięgamy własnego kresu. Dlatego
klientów wypraw komercyjnych, np. na Everest, szczerze namawiam
na cele mniej prestiżowe, ale za to w pełni samodzielne.
Doradziłbym Babią Górę zimą, solo na krechę przez las.
W książce
"Chiński maharadża" cyfrę nazywa pan suką, a zaszczyt ścierwem,
które prowadzi człowieka do kurwy-sławy.
- Wspinacze kłócą się od dawna o to, co jest najważniejsze.
Sportowcy uważają, że liczą się tylko wymierne trudności
techniczne drogi, czyli "cyfra". Oczywiście jest ona ważna i
cenię ją, ale o klasie doświadczenia wspinaczkowego stanowi w
równym stopniu ryzyko i styl wspinaczki, ogrom wysiłku, piękno
drogi. "Cyfra" wyraża tylko opór skały i lodu, tymczasem to,
czego doświadcza wspinacz, to opór wewnętrzny, czyli strach i
cierpienie. Nie dziwi mnie, że mamy renesans himalaizmu
zimowego, który jest sięganiem do ludzkiego kresu. Chodzi za mną
fraza "tylko u kresu, tylko w osaczeniu". Właśnie w tych
skrajnych okolicznościach pojawia się ważne życiowe
doświadczenie, czy to we wspinaniu, czy w pracy zawodowej.
Dlatego w sporze o "cyfrę" pozostaję na przeciwnym, romantycznym
biegunie.
Czy w takim
razie da się powiedzieć, że alpinizm to sport?
- Z szeroko pojętego wspinania wyłoniło się wspinanie sportowe.
Uprawia się go na sztucznych formacjach, rzadziej na skale czy w
lodzie. Celem jest zwycięstwo, tak samo jak w biegu na 100
metrów. Nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych dyscyplin.
W alpinizmie z jednej strony mamy upartych romantyków, do
których ja należę. Dla nas alpinizm jest przede wszystkim
fenomenem psychicznym, doświadczeniem estetycznym, a nawet
mistycznym. Na drugim biegunie będzie Simone
Moro, zawodowiec, który otwarcie poszukuje rangi publicznej.
Najpierw robi koronę ośmiotysięczników, lecz gdy zauważa, że
skazuje się na niekorzystne porównanie z Messnerem, podejmuje
się himalaizmu zimowego. Szczerze wyznaje, że nie chce wciąż być
tym drugim. Jak widać, dla jednych to sport, dla innych raczej
sztuka życia.
Jaka jest racja
sportowców?
- Oni z tego żyją. Są częścią publicznego spektaklu, jak każdy
sportowiec. Nie ważyłbym się ganić Simone Moro czy Denisa Urubkę,
że chcą przekonać otoczenie, że ich przejścia należą do
czołowych. Ale rozdmuchane programy zdobywania ośmiotysięczników
irytują. Podobno jest Hiszpan, który robi Koronę Himalajów i
Karakorum drugi raz. To brnie w absurd. Zobaczcie, co się dzieje
wokół różnych tragedii.
Zobacz multimedialny reportaż Jacka Hugo-Badera z wyprawy na
Broad Peak w poszukiwaniu ciał Macieja Berbeki i Tomasza
Kowalskiego: interaktywna.wyborcza.pl
Ma pan na myśli Broad
Peak?
- To jest nic w porównaniu ze spektaklem Słoweńców. Reinhold
Messner w porównaniu zTomaem
Humarem był
nieporadnym amatorem. To, co Humar zaaranżował na Dhaulagiri,
było niewyobrażalne. Wszedł w przerażająco niebezpieczną
południową ścianę, oświadczając, że ma bilet w jedną stronę.
Istotnie, możliwości odwrotu nie miał. Potem naturalnie leciała
relacja non stop w internecie. W krytycznych momentach posty
wrzucał co kilkanaście minut. Tworzył dramatyczną sytuację bez
wyjścia. Nakręcał horror. Tym razem nie runął i krwi w
internecie nie było. Podobnie działał na flance Rupal na Nanga
Parbat. Utknął tam w załamaniu pogody na 6400 m, był totalnie
wyczerpany, omiatany przez lawiny. Ani do góry, ani na dół. Nie
miał najmniejszej szansy, by się wycofać. Dzięki karkołomnej
akcji pilotów pakistańskich udało się go wyrwać z tego miejsca.
Kiedy wrócił na dół, padł na ziemię, modlił się. W ten sposób w
realu doszliśmy do "Igrzysk śmierci", tylko że w filmie ludzie
polowali na siebie, a tu góra polowała na człowieka. Ten sam
cholerny spektakl, za którym stoi coś nieczystego. To epatowanie
śmiercią, granie własnym życiem na usługi takiego show jest
niegodne.
Alpinizm stał się moralnie dwuznaczny. Pewnie, cholera,
niektórzy uznają, że tak jest pięknie i ciekawie. W końcu zawsze
byli jacyś gladiatorzy. Himalaizm sportowy z dramaturgią śmierci
i współczesnymi możliwościami bezpośredniej relacji do mediów
pasuje jak ulał do "Igrzysk śmierci".
Czy działalność
górska sprzyja autorefleksji, czy utwierdza w egocentryzmie?
- Sądzę, że człowiek, który potrafi sięgnąć po tak silne
przeżycia i zaznać tak fantastycznej wolności, będzie narażony
na złudzenie, że jest pępkiem świata. Ale to chyba problem
wszystkich kreatywnych dyscyplin - kreacja jest po prostu boska.
Egocentryzm łatwo dopada wybitnego artystę lub intelektualistę.
Jak ktoś ma słabe nerwy, to szybko obsuwa się w urojoną boskość.
W naszym środowisku mamy gościa z ksywą "Boski...", ale lepiej
go nie wspominać.
Zawsze czułem, że potrzeba wspinania nie wywodzi się z
serdecznej przestrzeni relacji międzyludzkich, tylko z
pragnienia wolności i godności. Pierwotny odruch wspinania nie
zawiera więc w sobie znaku etycznego. Nie jest ani dobry, ani
zły. Ale przecież podobnie bywa z muzyką czy z poezją.
A co z
alpinizmem wyprawowym, który na relacjach etycznych się opiera?
- Kod etyczny jest konieczny, bo inaczej robi się z tego
trupiarnia. Nawet jeżeli człowiek uprawia alpinizm solo, też
pojawia się w nim pytanie: jak daleko mogę się posunąć w
podejmowanym ryzyku? Jeśli jesteś ojcem trojga dzieci, to
uprawianie alpinizmu zaczyna być dwuznaczne.
Jeśli alpinista realizuje wybitną karierę, idąc po trupach lub
nawet nie po trupach, ale wśród trupów, przez las trupów, to
zamienia sztukę życia w sztukę umierania. Budzi to we mnie bunt
i sprzeciw.
Punk na wysokości, czyli
wspinaczka z poręczówkami z lin kupionych w sklepie rolniczym
o polskim
himalaizmie zimowym
Miał pan w
górach omamy wynikające z dużej wysokości, niedotlenienia?
- Nie doświadczyłem prawdziwych halucynacji. Chociaż wydawało mi
się, że jest z nami ten trzeci, to wiedziałem, że go nie ma. W
moim przypadku to nawet trochę dodawało mi otuchy. To była
raczej przyjazna obecność.
Ciekawa rzecz przydarzyła mi się na Gaszerbrumie IV. Zdałem
sobie sprawę, jak psikusy nadwyrężonych zmysłów i gęstej krwi
powodującej obrzęki w okolicach uszu oraz mózgu deformują
wrażenia zmysłowe. Historia była taka: wracamy z Gaszerbrumu IV,
partner idzie za mną, ciągnę linę, jesteśmy wycieńczeni.
Stopniowo coraz wyraźniej słyszę motyw z piosenki Barbry
Streisand. Słyszę instrumenty, jej dźwięczny głos i rytm. Staję.
Rozglądam się zdumiony. Lecz wokół cisza. Ruszam i znowu się
zaczyna. Ostry dźwięk, rytm. Po trzecim przystanięciu coś mnie
tknęło - pociągnąłem linę po szorstkich kryształach lodu i
wyjaśniło się. Dźwięk instrumentu pochodził właśnie od liny
wleczonej po lodzie. A rytm muzyce nadawały moje kroki. Kiedy
rytm mieszał się z dźwiękiem liny ciągniętej po śniegu, robił
się z tego koncert Streisand.
W historii
alpinizmu wiele było kłamstw. Można wierzyć alpiniście na słowo?
- Wspinanie jest tak silnym, osobistym wyzwaniem, że wśród
wspinaczy istnieje odruchowe i naturalne zaufanie do relacji z
gór. Ale wspomniana "kurwa-sława" nęci i mistyfikacje zdarzają
się, chociaż rzadko. Część wspinaczy, owszem, upiększa sobie
karierę. Najgorsze są przypadki agresywnych gwiazdek, które
procesują się po wyjściu na jaw kłamstwa. Do dziś toczy się w
Warszawie proces po zdemaskowaniu drogi na Grenlandii, która
miała być pionowym wyczynem, a okazała się stokiem nachylonym
około 50 stopni, którego znaczną część stanowią łatwe skałki i
trawy.
Procesują się gwiazdy, które dopuściły się nierzetelności. Nie
rozumieją, że proces, zwłaszcza wygrany, postawi je poza
środowiskiem.
Oczywiście, że należy oczekiwać od wspinaczy dokumentowania
nowych przejść, ale część nawet wybitnych postaci ma w nosie
marketing i tego typu zobowiązania. Nie dziwię im się.
A co ze śmiercią
w górach?
- Góry są usiane trupami. Polskie złote pokolenie himalaistów w
zasadzie wyginęło w górach, nie wyłączając tak wybitnych postaci
jak Wanda
Rutkiewicz, Jurek
Kukuczka czy
pokolenia Andrzeja Heinricha i Genka
Chrobaka.
Panu się jednak udało.
- Żyję, choć wszystko, co robiłem, było bardziej niebezpieczne
od tego, co robili inni. Nieraz czuję coś w rodzaju wyrzutów
sumienia. Moje nowe drogi na ośmiotysięcznikach robione były
prawie bez asekuracji. Niektóre z nich były pułapką, bo była to
jazda w jedną stronę, bez możliwości odwrotu, np. na Kohe
Bandaka, Gaszerbrumie IV czy trawersie Broad Peaków.
Tymczasem nie tylko nikt nie zginął na moich wyprawach, ale
nikomu nie przytrafiło się poważne zadrapanie. A przecież
kariera Jurka Kukuczki czy Erharda Loretana usiana była trupami
i wypadkami. Erhard dwukrotnie łamał kręgosłup. Wydawało się, że
obaj mają w sobie diabła. Dumny jestem z tego, że dla każdego z
nich tylko okres partnerstwa ze mną pozbawiony był wypadków.
Myślę, że diabły Erharda i Jurka przegrywały z diabłem Wojtka
Kurtyki.
Stosunek Kukuczki do ryzyka był dla mnie nie do przyjęcia. Był
to jeden z powodów rozpadu naszego partnerstwa.
Tłumaczył pan to
sobie jakoś?
- Kiedy się nad tym zastanawiam, to czuję niepokój. Pomyślałem,
że będę musiał za to odpłacić. Może właśnie spłacam dług. W
ostatnich latach zmieniłem się w niedzielnego wspinacza. Zdarza
mi się - jak zeszłej zimy - jakaś próba w Tatrach, ale właściwie
niewiele mi się udaje. Wszystko robię na ćwierć gwizdka. Nieraz
mam wrażenie, jakby jakiś fenomenalny, zaklęty i dobry krąg
wokół mnie zanikł. Coś się skończyło.
Jak pan sobie z
tym radzi?
- Zupełnie nie boli mnie stopniowe żegnanie się z ekstremalnym
doświadczeniem górskim. Tak jest właściwie. Coś się kończy, coś
zanika. Ale też czuję, że jakiś nowy, może jeszcze ważniejszy
horyzont nieustannie otwiera się przede mną. Być może powodem są
też silne więzi rodzinne, mimo że, do licha, wcale nie są łatwe.
Krótko mówiąc, stara miłość wprawdzie nie rdzewieje, ale budzi
się też nowa.
Gdyby zaczynał
pan dziś i mógł korzystać z nowoczesnego sprzętu, zaatakowałby
pan ściany, o których wtedy nawet nie myślał?
- Powiem bezwstydnie, że miałbym ciekawsze pomysły, niż mają
współcześni wspinacze. Po prostu miałem je już 30 lat temu.
Drwiąc z obsesji koroną Himalajów, wymyśliłem realizację tego,
powiedzmy, 10-letniego programu w jeden rok. Wymagało to pełnej
asysty helikoptera i nowoczesnego serwisu meteo, no i... jak
wynikało z moich kalkulacji, pół miliona dolarów. Artur Hajzer
zawył z podniecenia i z powagą zaproponował działanie, ale z nim
korona szyderstwa szybko przeistoczyłaby się w koronę chwały.
Nadal jestem pewny, że zaaklimatyzowany wspinacz z helikopterem,
wybierając rejony z optymalną pogodą, z łatwością w kilka
tygodni wszedłby na kilka ośmiotysięczników. Już w 1983 roku
Szwajcarzy weszli bez asysty helikoptera w trzy lub cztery
tygodnie na G1, G2 i Broad Peak. Na pewno ktoś tego spróbuje.
Miałem też inne fajne pomysły, np. wejście na ośmiotysięcznik z
Szerpanką lub Tybetanką. Ale to drętwe lobby wielkowyprawowe w
PRL, bez zrozumienia dla stylu... Szkoda gadać.
Czyli brakuje
nowej jakości?
- Niezupełnie. Zadziwiające jest to, że w tym marketingowym
zgiełku umykają prawdziwe perełki. Na przykład Ukrainki Koptiewa
i Jasińska wraz z Rosjanką Czibitok zrobiły na Trango piękną
nową drogę. Zaś rok temu przeszły genialną drogę na ogromnej,
dwukilometrowej północnej ścianie Teng Kang Poche. To one są dla
mnie najwybitniejszymi postaciami w himalaizmie światowym.
Mężczyźni wypadają przy nich blado.
Są dziś ulepieni
z miększej gliny?
- Skąd, Steve House i Ueli Steck to twardziele. To niewątpliwie
genialni wspinacze. Tyle że te dziewczyny zadziwiają jeszcze
bardziej. One przekraczają nie tylko barierę siły i
wytrzymałości, ale i barierę mentalną. Reprezentują coś, czego
brakuje sztampowym trendom sportowym, rozgrywającym się poniekąd
według tych samych reguł, na tej samej arenie. Te dziewczyny
porywają się na przejścia w big wallu w niczym nie ustępujące
mężczyznom, czyli burzą istniejący porządek. Coś jakby kobieta
bijąca Tysona. To dziwne, że mądrale medialni przegapiają
wydarzenia z innej galaktyki. W ogóle zadziwia mnie geniusz
kobiet. To chyba jakieś wybryki ducha gender. Nic na to nie
poradzę, że dzielność i kruchość Kingi Baranowskiej działają na
mnie silniej niż samcza ambicja Adama Bieleckiego.
Baranowska: Nie
jesteśmy już pierwszoligowymi wspinaczami
Co by pan
jeszcze wyróżnił?
- W ciemno dałbym Złoty Czekan [najbardziej prestiżowa nagroda
alpinistyczna] dziewczynkom z Teng Kang Poche. A także dziadkom
Sandy'emu Allanowi i Rickowi Allenowi, którzy zrobili
trawers grani Mazeno. Sandy miał 57 lat, a Rick 59. Odnoszę
wrażenie, że nawet do fachowców nie dociera, co oni zrobili.
Trudności techniczne wprawdzie nie są tam duże, ale to jest
kilkanaście dni wędrówki po grani, przez kilka
siedmiotysięcznych wierzchołków, w sumie ponad 10 kilometrów
grani, a na koniec Nanga Parbat - góra mit. I zrobiło to dwóch
gości, którzy są poniekąd starcami. Widzę w ich wyczynie jakiś
głęboko ludzki wymiar. To właśnie jest rodzaj sztuki, która
wymaga jazdy w innym wymiarze.
Jednym z moich bezczelnych marzeń był trawers Himalajów północ -
południe. To wyzwanie jeszcze większe niż grań Mazeno. Wybrałem
miejsce, gdzie od północy do południa jest ciąg wybitnych gór.
Nie ma chyba drugiego takiego rollercoastera w Himalajach:
Manaslu, Peak 29 i Himalchuli. Sporo się nasiedziałem nad
kalkulacjami, jak to rozegrać logistycznie. Marzyło mi się, aby
zrobić z tej grani mój dom.
Nie brakuje panu sukcesu górskiego?
- Mam już swoje lata.
Ale prawdą jest, że wcześniej miałem bezgraniczne poczucie
jedności z tym, co robię. To był klucz do podjęcia ryzyka.
Potrafiłem wejść z wewnętrznym spokojem w śmiertelną ścianę.
Tego uczucia nieraz mi brakuje.
Tak było z Kohe
Bandaka w Hindukuszu?
- Strach i wahania trwały dwa dni. Aż nadeszło przełamanie i
uczucie pełnego zaufania. Ta wspinaczka rozgrywała się pod
dyktando szóstego zmysłu. W ścianie działy się dziwne rzeczy.
Niektóre decyzje wydawały się nierozsądne, ale okazywały się
bezbłędne. Np. wejście w ścianę po południu, co uratowało nam
życie. Trzeciego dnia ruszyliśmy z biwaku znowu z rażącym
opóźnieniem, w samo południe, i znowu kolejne podarowane życie,
bo inaczej zabiłyby nas lawiny w kominie Cyklotron. Takie
historie w górach powtarzały mi się parę razy.
Może więź z przyrodą pozwalała mi unikać głupstw i błędów?
Kiedyś pytany przez laika, dlaczego przeżyłem w górach,
odpowiedziałem przekornie: bo jestem tchórzem.
Tylko tchórz się
cofa?
- Nigdy nie wiedziałem, czy mój strach jest podszeptem diabła,
czy głosem opatrzności. Dotąd nie wiem. Było kilka wycofów w
moim życiu. Najtrudniejsze sytuacje zdarzyły się z Jurkiem
Kukuczką, który kilka razy próbował mnie zabić, naturalnie
siebie również. Ale gdy wspinaliśmy się razem, to ja dyktowałem
warunki. Kiedy mieliśmy wejść na Manaslu, zmusiłem go do
odwrotu. Dookoła przez godzinę zeszło kilka przerażających
lawin, a on próbował wejść w najgorzej wyglądający, śmiertelny
stok.
Czy wchodząc w
ścianę, trzeba być pogodzonym, że można z niej nie wrócić?
- Lepiej być pogodzonym, niż działać w panice. Ale tu nie chodzi
o poddanie się, raczej o przygarnięcie własnego losu. Na Kohe
Bandaka poprzedzające wspinaczkę dni pełne były zwierzęcego
strachu. Trzymał nas w kleszczach: Alexa MacIntyre'a, Johna
Portera i mnie. Czułem strach fizycznie. Stałem na zewnątrz,
namioty były połączone przedsionkiem, zerknąłem do środka.
Zobaczyłem Alexa, który siedział w bieliźnie, w kucki. Miał
szeroko otwarte oczy i rozmawiał ze sobą. Zobaczyłem
przerażonego człowieka.
Pamiętam rozmowę z Johnem, która przełączyła nam coś w psychice.
Znikły wątpliwości. Pogodziłem się i podjąłem decyzję, że
wchodzimy. Stanęliśmy wobec sytuacji ostatecznej, a jednak
zachowaliśmy prawdziwy spokój ducha. Takie chwile robią w życiu
różnicę.
Rozmowa z Marcinem Tomaszewskim: 20
dni w ścianie
Polska sensacja fizjologiczna: 30
lat temu Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski zdobyli Manaslu jako
pierwsi w zimie
To takie
uczucie, które opisywał pan po przejściu bez asekuracji, czyli
na żywca, drogi o nazwie "Chiński Maharadża"?
- Na Maharadży było o wiele gorzej. Wszedłem w skałę spięty. Pod
ścianą czułem się zaszczuty jak zwierzę. Przeciągające się
chwile koncentracji pod skałą były okropne. Jestem pewny, że
strach udzielił się trzem przypadkowym świadkom. Z psychicznego
punktu widzenia "Chiński Maharadża" był porażką. Nie zachowałem
w tej konfrontacji czystego stanu ducha, a więc przegrałem
wyzwanie. To cud, że to się dobrze skończyło. Jednakże po tym
"żywcu" przeżyłem chwile, które czuję do dzisiaj. Wspinanie
otwierało bramę, którą później, w normalnym życiu, sam już
łatwiej otwierałem.
Pierwszy kontakt z przyrodą tatrzańską, jeszcze w liceum, był
olśniewającym przeżyciem. Podobne wrażenie zrobił na mnie widok
Trango Tower lub pobyt na przełęczy między Broad Peakami. Te
chwile budziły we mnie silne poczucie jedności ze światem.
Łatwiej wrócić do nich w zwyczajnym życiu. Pobyt w lesie lub w
ogrodzie powoduje wyciszenie na tyle głębokie, że nawet szydera
Kuby Wojewódzkiego nie wkurza. W pewnym sensie nauczyłem się
tego poczucia jedności i teraz je mam. Nieraz jednak je tracę i
wówczas życie też traci jakość. Łatwiej dostrzegam w tłumie
skurwiela. Łatwiej widzę w rysach ludzi podłość. Kiedy poczucie
tej więzi powraca, nawet w nikczemnej twarzy widzę szlachetność
a zamiast podłości cierpienie, które wzbudza we mnie litość. Tę
wrażliwość umocniły we mnie przyroda i góry, dlatego będą dla
mnie zawsze ważne.
Do czego można
porównać napięcie zmysłów, które towarzyszy przejściu bez
asekuracji, czyli żywcowaniu?
- Koncentracja jest na najwyższym poziomie. Percepcja jest
niesłychanie wyostrzona. Przypadkowy sygnał, nawet zwykły szmer
powoduje silne zachwianie wewnętrznego spokoju i równowagi,
zamienia się w coś w rodzaju grzmotu. Grzmot i już po tobie!
Czy wspinanie
się bez liny jest etyczne?
- Z liną czy bez liny - jaka różnica? Jej obecność nieraz nic
nie daje. Np. przy trawersie pod serakiem, który właśnie zabił
na Evereście 16 Szerpów. A czy możemy sobie przyznać prawo do
ekstremalnie trudnego przejścia ściany lub grani w Himalajach, z
których nie ma odwrotu? Tak czy siak, bywa to gra pół na pół.
Mamy to prawo
oceniać?
- Pamiętacie Nicka z filmu "Łowca jeleni''? Grał go Christopher
Walken. Nick podjął grę w rosyjską ruletkę z Wietnamczykami. I
wygrywał. Zawsze to jego przeciwnik strzelał sobie w łeb. I Nick
nie był w stanie z tego opętania się wyzwolić. Kiedy zaczął grać
z najbliższym przyjacielem, coś tam do niego zaczęło docierać.
Ale nie wyzwolił się i rozwalił się.
Wspinacze często słyszą,
że są niegodziwcami, bo podejmują ryzyko nie do przyjęcia. Może
nie potrafią inaczej. Trudno mi jest potępić samego siebie.
Zwłaszcza że doświadczenie żywca na "Maharadży" uporządkowało
coś w moim życiu i pozostawiło dobry ślad. Czułem po prostu
potrzebę stanięcia ponad własnym strachem, wzniesienia się ponad
siebie samego. Tak to wyglądało u mnie. A Nick? Być może
upokarzające przeżycie zwierzęcego strachu podczas pierwszej
rosyjskiej ruletki, do której zmuszono go w niewoli, było tak
niszczące, że przez ciągłe powtarzanie tej strasznej gry
usiłował z czegoś się wyzwolić. Ta scena mnie dręczy do dzisiaj.
Duży Format 15 maja 2014

"Chiński
maharadża" Wojciecha
Kurtyki, wydawnictwo Góry Books, to psychologiczny thriller
górski
-----------------
KONTAKT
CDN
|